Nimfomanka – Część I

Na Nimfomankę Larsa von Triera warto wybrać się choćby po to, by przypomnieć sobie jak wyglądają tłumy w kolejce do kinowej kasy oraz szczelnie zapełniona sala projekcyjna. Czegoś takiego już dawno nie widziałam. Kolejnym ewenementem jest też fakt, że wszyscy wychodzący z dwugodzinnego seansu mieli uśmiechy na twarzach, ku zaskoczeniu kolejnych czekających widzów, którzy chyba spodziewali się oburzenia i zgorszenia. Nimfomanka nie gorszy, za to w wielu momentach usłyszeć można szczery śmiech na sali (i nie mam na myśli rechotu z zażenowania czy szyderstwa). Owszem, jest sporo seksu, wiele (acz nieokazałych) piersi i zbliżeń na męskie genitalia, jednak ja zapamiętałam głównie subtelną poetycką aurę, ciepłą, zaciszną, senną atmosferę oraz mocne akcenty muzyczne. No i prawie tyle samo co o seksie dowiedzieć się można również o wędkarstwie, czego zupełnie się nie spodziewałam. Bardzo pozytywne zaskoczenie.

Jak już od miesięcy donoszą rozliczne media, Nimfomanka jest opowieścią kobiety (Charlotte Gainsbourg), którą pewnego wieczoru znajduje w zaułku starszy mężczyzna. Grany przez Stellana Skarsgarda Seligman bierze obitą i upapraną Joe do domu, kładzie ją do łóżka i zachęca do zwierzeń. I tak stajemy się świadkami jej wyznań (a właściwie spowiedzi) dotyczących tego, jak ogromny apetyt na doznania seksualne wpłynął na jej osobowość, relacje międzyludzkie i właściwie całe życie kobiety. Ach, czegóż to nie ma w tej podzielonej na rozdziały historii!? Pierwsze eksperymenty kilkuletnich dziewczynek, nastoletnie zawody w zaliczaniu mężczyzn i mnóstwo innych sekscesów. Ciekawe jest jednak nie tylko to, co dzieje się między nogami Joe, ale także to, co odbywa się w jej głowie. Rozczuliła mnie wręcz jej relacja z ojcem oraz sposób w jaki dzięki niemu bohaterka odczuwa świat, a już w szczególności przyrodę. Niezwykle ciekawe jest także to, że Seligman nie pozostaje jedynie biernym słuchaczem, ale dodaje od siebie bardzo ciekawe komentarze, wnoszące wiele rozsądku i humoru do opowieści bardzo krytycznej wobec siebie Joe.

Ci, którzy koniecznie chcieliby się dopatrzeć tu skandalu, także powinni być zadowoleni. Wszak jest i dziecięca seksualność, i rozbijanie rodziny (przekomiczna Uma Thurman w roli zdradzanej żony), a nawet (bardzo prawdopodobne psychologicznie moim zdaniem) ukazanie związku seksu ze śmiercią. Tak, dla oburzonych też coś się znajdzie.

Mnie się jednak bardzo podobało. Lubię taki lekki, momentami przypominający nawet Amelię Jean-Pierre Jeuneta, sposób opowiadania. Bezkonkurencyjna jest także warstwa wizualna, choć nie aż tak absurdalnie piękna jak w Melancholii. Jedyne co mi przeszkadzało, to gra aktorki wcielającej się w młodą Joe. Stacy Martin jest dziewczęca i urocza, ale zupełnie brak jej charyzmy Charlotte Gainsbourg. Gra anemicznie, ospale, od niechcenia, tak jakby miała za chwilę zemdleć z niedożywienia (może ta jej chorobliwa szczupłość mnie tak rozproszyła). Jej rola to najsłabszy punkt świetnej poza tym Nimfomanki, na której drugą część już się nie mogę doczekać.

3 thoughts on “Nimfomanka – Część I

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *