Zniewolony. 12 Years a Slave

Zniewolony to oparta na faktach opowieść o czarnoskórym mężczyźnie żyjącym w drugiej połowie XIX wieku Ameryce Północnej. Solomon Northup jest wolnym człowiekiem o dużej inteligencji i talencie do gry na skrzypcach, który żyje sobie życiem przykładowego obywatela wraz z żoną i dziećmi. Oświeceni Amerykanie nie dają mu na co dzień odczuć jego niższości rasowej, ale ta sytuacja (jak można wnioskować z tytułu) szybko ulega zmianie. Pod nieobecność rodziny, Solomon zostaje zwiedziony i porwany przez dwóch oszustów, polujących na czarnoskórych ludzi i sprzedających ich w południowych stanach jako niewolników. Właśnie taki los spotyka naszego bohatera, który w niewoli zwichniętych umysłowo plantatorów spędził 12 lat.

Nie jest to z pewnością film dla widzów źle tolerujących przemoc na ekranie. Niektóre sceny są przerażające, szczególnie te ukazujące sadystyczne skłonności białych panów względem swojego żywego dobytku. Zniewolony każe cały czas się zastanawiać nad tym, jak ludzie w ogóle mogli żyć w takim piekle, jakim cudem oni wszyscy (biali i czarni) nie postradali zmysłów pod palącym słońcem przypiekającym plantacje bawełny. Nieszczęsny Solomon Northup jest zresztą chyba w trudniejszej sytuacji niż jego bracia i siostry w krzywdzie, ponieważ on już zasmakował wolności, jest wykształconym i doświadczonym człowiekiem, a jednak to wszystko przestaje mieć dla świata znaczenie, gdy na jego przegubach pojawiają się kajdany. By nie skazać się na jeszcze trudniejszy los (choć i tak trudno sobie wyobrazić gorsze traktowanie ludzkiej istoty) musi ukrywać swoją wrażliwość i wykształcenie, zamknąć się w kokonie obojętnej siły i hartu ducha co nie należy do łatwych zadań, dlatego też przez cały długaśny film zażarcie mu kibicujemy. Wewnętrzną siłę Solomona podkreślają także liczne przypadki osób z jego otoczenia, które jednak nie dały rady przetrwać w piekle stworzonym przez białego człowieka. Pełno tu rozdzierający serce dramatów, załamań i niestety ciał wiszących na suchych gałęziach południowych drzew.

Zniewolony jest wyraźnie poświęcony ciężkim losom czarnych, symbolicznie przedstawionych w życiu jednego czarnoskórego mężczyzny (mógłby to być prequel Kamerdynera) i rzeczywiście przez większość czasu widzimy na ekranie przystojną twarz bardzo zdolnego Chiwetela Ejifora grającego Salomona Northupa. Dlatego też co niektórych zadziwić mogą plakaty pokazujące twarze innych aktorów i sugerujące, że to im poświęcona jest ta opowieść. Rzeczywiście w Zniewolonym pojawia się cała plejada najzdolniejszych (białych) żyjących aktorów, ale grają oni epizody lub role drugoplanowe w najlepszym razie. Brad Pitt i Benedict Cumberbatch są świetni, a Michael Fassbender diabolicznie fascynujący, ale żeby od razu reklamować nimi film, to już gruba przesada. Choć zapewne, jeśli Oskara nie dostanie Ejifor czy grająca niewolnicę Patsey Lupita Nyong’o, to zgarnie go za ten film właśnie Fassbender, ponieważ jak zwykle dobrze wypadł w roli trudnego do rozgryzienia, autodestrukcyjnego stwora (choć w pierwszych dwóch częściach trylogii cierpienia McQueena nie grał postaci tak jednoznacznie złej i prześladującej widzów)

Zniewolony daje nam niezwykle żywy, wręcz realistyczny wgląd w świat, w którym rządziło niewolnictwo, wzbudzając w nas ogromne pokłady współczucia i empatii (z czym mi osobiście było dość niewygodnie). Nie przeszkadzały mi absolutnie z wyczuciem przedłużane sceny dopowiadające głębię ludzkiego dramatu, ani też powolne tempo narracji, przez co ten ogień piekielny zdaje się dotykać nas fizycznie acz niespiesznie. Jedyne co może przeszkadzać w odbiorze filmu, to poczucie, że jest to tendencyjna opowieść służąca nie tyle celom estetycznym (lub moralnym) co wyższym celom politycznym pewnych grup, podobnie jak Kamerdyner.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *