Mary Shelley

Gdyby nie ta inteligentna angielska dziewczyna, nie wiadomo jak rozwinąłby się romantyzm, jak wyglądałaby przyszłość powieści gotyckiej i czy mielibyśmy literaturę fantastyczno-naukową. Jako czytelnicy i odbiorcy wszelkich tworów kultury masowej, zawdzięczamy jej naprawdę wiele, dlatego też cieszy ogromnie powrót zainteresowania jej osobą, związany z filmową ekranizacją dziejów głośnego na całą Europę romansu. Któż by nie chciał wiedzieć, z jakiego pokręconego i wybitnego umysłu zrodził się sam potwór Frankensteina, ojciec wszelkiej maści mutantów i hybryd oraz uniwersalny symbol tego, jak się może skończyć zabawa człowieka w Boga? I choć film nie zachwyca, jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa tego lata, szczególnie dla młodszych widzów, którzy o literaturze romantycznej nie wiedzą prawie nic, a poeci i pisarze kojarzą im się jedynie z bandą nudziarzy z lokami na głowie i w fałdzistych, bufiastych koszulach, którzy patrzą na nich zamglonym wzrokiem ze ścian klas do nauki języka polskiego. Wszak Mary i jej ukochany Percy prowadzili iście rockandrollowy styl życia :)

Feminizm, wolna miłość i eksperymenty medyczne

Mama naszej bohaterki, utalentowana prekursorka feminizmu, zmarła zaraz po tym, jak wydała małą Mary na świat, ale wcześniej zdążyła zbulwersować swoje otoczenie szokującym prowadzeniem się i równie szokującymi twierdzeniami dotyczącymi praw kobiet, które szerzyła w licznych publikacjach. Tatuś, także człowiek pióra, szanowany filozof i wydawca, niby podzielał poglądy małżonki, jednak w późniejszym czasie okazał się bardziej konserwatywny. Nim jednak zerwał kontakty z Mary, jak to pokazuje film, najpierw zdążył jej wpoić swoje nowoczesna jak na początek XIX wieku poglądy i zaszczepić w córce miłość do literatury i literacką ambicję powiedzenia czegoś ważnego własnym głosem. Nawet bujne i burzliwe życie uczuciowe nie przeszkodziło Mary w osiągnięciu tego celu.

Gdy panna Wollstonecraft Godwin (Elle Fanning) poznaje błyskotliwego i bardzo przystojnego poetę Percy’ego Shelley’a (Douglas Booth), zakochuje się w nim na zabój. Mimo tego, że ma zaledwie siedemnaście lat, rodzina przeciwstawia się temu związkowi, a sam Percy jest już czyimś mężem i ojcem, Mary decyduje się na ucieczkę z młodzieńcem w nieznane. Jest to początek niezwykłej i dość bolesnej dla dziewczyny przygody. Podobnie jak ona w teorii, tak Percy w praktyce jest wyznawcą całkowitej osobistej wolności, także w kwestii miłości. Nie bacząc na ból w oczach ukochanej i na społeczne potępienie, romansuje w najlepsze, także z przyrodnią siostrą Mary, Claire (Bel Powley), która zabrała się z nimi w wielką ucieczkę i stała się nieodłączną częścią tego związku.

Claire także miała charakterek, gdyż romansowała nie tylko z Shelley’em, ale i z samym Lordem Byronem (Tom Sturridge), co w końcu zaprowadza całą trójkę do domu Byrona w Szwajcarii, gdzie podczas wyjątkowo ciemnego i dżdżystego lata, rodzi się Frankenstein.

Fabuła filmu ułożona jest tak, żeby widz nie miał wątpliwości, że to sama autorka Frankensteina czuła się jak wrażliwy, samotny, odrzucony przez społeczeństwo potwór. Wyklęta z towarzystwa za romans z żonatym mężczyzną, w dodatku przeżywająca rozstanie z ukochanym ojcem, a potem śmierć dziecka i zdradę najbliższych jej osób, dodaje kilka faktów naukowych na temat fizjologii i chemii, i tak rodzi się nieśmiertelna historia o pewnym doktorze, który w burzową noc razi prądem zlepek surowego mięsa, a ten ożywa. Tak to przynajmniej wygląda na ekranie.

Dobrze znać kontekst

Idealnie by było, gdyby widzowie, przed seansem Mary Shelley, zapoznali się z artykułami z najnowszego wydania Książek. Magazynu do Czytania, w którym jest sporo przydatnych informacji, bez których matka potwora Frankensteina może pozostać dla nas zagadką. Film bowiem traktuje jej osobowość dość powierzchownie, nie oddając sprawiedliwości wielkiej inteligencji i oryginalnemu wykształceniu córki wybitnych rodziców. Na ekranie to tylko pełna pasji do życia nastolatka, której matka wcześnie zmarła, a tato księgarz nie jest w stanie zaspokoić jej ciekawości świata. Ucieczka z poetą wygląda jak typowy nastoletni bunt, bardzo piękny i romantyczny, dzięki czemu młodzi widzowie w kinie polubią naszych bohaterów. Niestety, jak na mój gust bardzo wybielono postać Shelley’a, pokazując tylko żonę z jedną, a nie z dwoma córkami, które porzucił dla Mary oraz nie wspominając o tym, że sama Mary miała z nim aż czworo dzieci, z których tylko jeden syn dożył pełnoletniości. Opowieść o tym jak naprawdę wyglądała wielka podróż zakochanych, podczas której on szukał przygód z innymi, a ona była wiecznie w ciąży lub opłakiwała śmierć kolejnych dzieci, nie byłaby już chyba aż tak filmowa.

No i bardzo mi się nie podoba, że zrobiono z naszych bohaterów takich trochę głupków. Stereotypowo przedstawiono romantyków jako narwańców, szalonych, nieodpowiedzialnych i zdziecinniałych. Może i też tacy byli, zwłaszcza w bardziej przyziemnych, codziennych kwestiach, ale pamiętajmy, że byli to rónież wybitni intelektualiści, gwiazdy czasów, w których ceniono wysoką literaturę. Jakoś tych wszystkich debat i rozmyślań, studiów i lektur, z których zrodził się nie tylko Frankenstein, ale i wielkie dzieła Byrona i Shelley’a, także nie pokazano. Każdy rządzi się tu tylko porywami serca, ewentualnie innych narządów. Byron jest wiecznie odurzonym głupcem, Polidori (Ben Hardy) sympatycznym, zazdrosnym ciapciakiem, a Shelley bezmyślnym uwodzicielem. No i sama naiwna Mary, której dzieło nie mogło powstać przecież z lat lektur i studiów, z naukowych eksperymentów, którymi się pasjonowała czy z rozmów z ojcem filozofem. Nie, ona tworzy z trzewi, z bólu łona po stracie kolejnego dziecka i z bólu serca po kolejnej zdradzie.

Mam też problem z obsadzeniem w roli pisarki Elle Fanning, tego wielkiego śpiocha. Może i jest ładna, ale talentu ma za mało na udźwignięcie nawet takiej roli, a w dodatku jest wszędzie i trochę się już opatrzyła. Czy tylko ja mam wrażenie, że co miesiąc pojawia się nowy film z jej udziałem? Kiedy ona ma na to czas? Oglądając filmy takie jak ten, widać wyraźnie, że kino cierpi na niedostatek nastoletnich talentów, zwłaszcza po tym jak Carey Mulligan i Mia Wasikowska zrobiły się ciut zbyt dojrzałe do ról podlotków.

Mimo wszystko warto film obejrzeć, chociażby po to by mieć pretekst do przeczytania Frankensteina po raz pierwszy lub kolejny. W tej zaskakująco intymnej i nowoczesnej powieści kryje się znacznie więcej niż tylko ziejący chęcią zemsty potwór.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *