The 7.39

Tytułowa godzina, to czas odjazdu podmiejskiego pociągu, którym codziennie od wielu, wielu lat główny bohater Carl Matthews (David Morrissey) dojeżdża do pracy do Londynu. Droga nie jest ani krótka, ani przyjemna, a częsty tłok w pociągu oraz zażarta walka o najlepsze miejsca, wcale nie poprawiają ludziom w wagonach nastroju na resztę dnia. Ta droga przez mękę (no polskim pociągiem by spróbował dojeżdżać) staje się wreszcie pewnego dnia intrygującą przygodą, ponieważ po setkach wspólnych podróży, przy okazji pewnej kłótni, zwraca on baczniejszą uwagę na podobnie podróżującą Sally Thorn (Sheridan Smith). Już od ich pierwszych rozmów w pociągu wiadomo, że ta relacja doprowadzi do dość intrygującej i zmieniającej wszystko znajomości. Znamy ten schemat, ale nie o oryginalność chodzi w tym dwuczęściowym filmie.

Bohaterowie, tego tylko z pozoru banalnego romansu, są osobami w średnim wieku, którzy czują się trochę zakładnikami swoich dotychczasowych wyborów i życiowych schematów, w których utknęli. Carl nudzi się i frustruje w jałowej robocie w nieruchomościach, a w domu czekają na niego nastoletnie, roszczeniowe dzieci i żona, z która jest od wieków, i która robi za jego najlepszego kumpla i wspólnika, ale niekoniecznie jest obiektem zmysłowych westchnień. Sally natomiast pracuje jako manager klubu fitness i ma wkrótce wyjść za faceta, który ewidentnie bardziej niż ją, kocha własne ciało. Dla tych ludzi szukanie przygody wiąże się z głodem nowych uczuć, tęsknotą za młodością, ale przede wszystkim z chęcią ucieczki od trudnych decyzji i zmiany.

Gdy zaczęłam oglądać 7.39, pomyślałam, że chyba nie dotrwam do końca, bo to tylko kolejny nudny film o przeciętnych, nudnych ludziach i ich przeciętnych, nudnych problemach. W dodatku głowni aktorzy to też nie jakieś piękne gwiazdy, ale raczej osoby, które mijamy codziennie na ulicach. Szybko jednak zmieniłam zdanie, ponieważ dotarło do mnie, że ta banalna historia jest opowiedziana w niebanalny sposób. Carla i Sally poznajemy z tak wielu stron, obserwujemy ich w wielu codziennych czynnościach, dzięki czemu możemy się z nimi naprawdę zżyć, a ich losy (typowe bardzo) naprawdę nas obchodzą. Wszystkie relacje w tym filmie pokazane są z dużym wyczuciem, ciepłem i pewnym rodzajem wyrozumiałości dla wszystkich bohaterów, których możemy zwyczajnie po ludzku polubić. Przyznam, że naprawdę im kibicowałam w tym pociągu. W 7.39 nie ma zbrodni, dewiacji, ani efektów specjalnych, nie pada tu również żadna kwestia, której nie słyszelibyśmy już tysiąc razy gdzie indziej, a jednak ten film naprawdę porusza. Dojrzałość, emocje i życiowe trudne sprawy (ale bez ironicznego czy patologicznego kontekstu). Myślę, że warto film obejrzeć choćby z tego względu, że koło czterdziestki każdy z nas może się znaleźć u progu tych samych wyborów co nawiązujący romans w pociągu Carl i Sally, i tak samo jak oni możemy zadawać sobie pytanie ,,Czy to już wszystko, co dostanę od życia?”.

Opowieści z pociągu odjeżdżającego o 7.39 mogą nie spodobać się chyba tylko osobom, które tak jak główni bohaterowie dojeżdżają, ale nie ładnym, sterylnie czystym i nowoczesnym pociągiem, ale specyficznie woniejącym zabytkiem PKP. Takie osoby mogą być słusznie oburzone różnicą cywilizacyjną, której zaprzeczyć nie można patrząc na tę brytyjską produkcję. Mnie osobiście także nachodziła zazdrość i frustracja, ale nie na widok wygodnych składów kolejowych, tylko na widok domowych obrazków. Para kochanków mieszka w podlondyńskiej mieścinie, która jest wręcz absurdalnie piękna, czysta i świeża. Czemuż, ach czemuż nasze miasteczka tak nie wyglądają? Naprawdę, wyłącznie z przyczyn estetycznych dziwię się, że Carlowi i Sally chciało się codziennie opuszczać tę baśniową krainę, choć może i mnie by się chciało, gdyby czekał na mnie taki pociąg i etacik w stolicy Anglii.

2 myśli na temat “The 7.39

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *