Ratując pana Banksa

Na seanse tego filmu przyciągać mają postaci dwojga głównych bohaterów, czyli Walta Disneya i Pameli Travers. O ile pani Travers i jej kultowe książki są (jak podejrzewam) raczej średnią atrakcją dla polskiego widza, to na Walta Disneya z pewnością pójdą tłumy, oczywiście z sentymentu. Grany przez Toma Hanksa starszy pan z wąsikiem jest symbolem szczęśliwego dzieciństwa dla całej masy przedinternetowych dzieciaków takich jak ja, które z niecierpliwością oczekiwały kolejnej niedzielnej dobranocki czy sobotniego Walt Disney przedstawia. Niestety samego Disneya jest tu znacznie mniej niż można by się spodziewać, a bliżej mi nieznanej do tej pory panny Travers zdecydowanie za dużo. Swoją drogą to bardzo ciekawe, dlaczego stworzona przez nią postać guwernantki Mery Poppins jest tak popularna w USA, a tak jeszcze mało znana w Polsce.

Film rozpoczyna się w kluczowym dla obojga bohaterów momencie, kiedy to na początku lat 60-tych pani Travers składnia się wreszcie do sprzedania praw autorskich do latającej niani zabiegającemu o to od 20 lat Waltowi Disneyowi. Starsza, mega brytyjska dama (Emma Thompson) przylatuje do Kalifornii niby współpracować ze scenarzystami przygotowywanego filmu, ale tak naprawdę jej prawdziwym celem jest niedopuszczenie do powstania kolejnego kiczowatego, animowanego potworka (Travers nie była najlepszego zdania o filmach kultowej wytwórni). Większość filmu to kompozycja scen ukazujących jak pisarka piekli się niemożebnie z powodu każdego, wydawać by się mogło błahego, szczegółu i jak przestraszone disnejaki próbują jakoś załagodzić kolejne konflikty. Dama z trwałą nie życzy sobie m.in. animacji, piosenek czy koloru czerwonego na ekranie (ja tam się nie dziwię, że sobie nie życzy, ale otoczenie źle to znosi). Sceny te przerywane są co chwila retrospekcjami ukazującymi dzieciństwo Pameli Travers, dzięki czemu widz szybko się orientuje, że postać Mary Poppins to sposób na oswojenie ciężkiej sytuacji w domu. Od ojca pijaka i niezaradnej matki, późniejsza pisarka odwróciła się w stronę przedsiębiorczej i stanowczej ciotki, która wiedziała jak się wychowuje dzieci. Dzięki stworzonej na jej podobieństwo słynnej Mery Poppins, pani Travers mogła zachować tylko miłe wspomnienia, a przynajmniej wydawało jej się, że może. Z filmu dowiadujemy się, że gdyby nie terapeutyczna działalność Disneya, która uleczyła znękaną dusze pisarki, w 1964 świat nie otrzymałby kinowego ,,arcydzieła” o wiecznie wyszczerzonej wariatce latającej sobie po niebie z parasolką i z wielką torbą w łapce. To by dopiero była strata dla ludzkości.

Ratując pana Banksa pokazuje, że zarówno Tom Hanks, jak i Emma Thompson są nadal w formie. Hanks w dalszym ciągu jest nieco sztywny i nie potrafi do końca otworzyć swoich skośnych oczu, a od samego patrzenia na energiczną mimikę Thompson i od słuchania jej brytyjskiego akcentu aż chce się żyć (a raczej chciałoby się gdyby film nie porażał nudą). Byłoby nieźle, gdyby filmowcy nie przekombinowali z kompozycją scen z lat 60-tych i z dzieciństwa Travers. Jest to oczywiście bardzo częsty zabieg w filmach biograficznych tego typu, czyli pokazujących jak życie wpłynęło na dzieło artysty, ale zazwyczaj mamy tylko kilka reminescencji, a tu są właściwie dwa równoległe filmy. W dodatku długość poszczególnych sekwencji jest nierówna, a kolejność ich pojawiania się wydaje się przypadkowa. W ogóle to cały film wydaje się o wiele za długi, ale może po prostu tak go odebrałam, bo opowiada o postaci, która mnie właściwie nie obchodzi (gdyby było o tym jak robiono Małą syrenkę lub jak nagrywano piosenki do Pięknej i bestii, to by była inna sprawa). Nie ma tu także takiego typowego dziania się, brak procesu, ponieważ, poza nielicznymi chwilami słabości, w pieklącej się Travers nic się nie zmienia. Każda scena z cierpką, złośliwą, kapryśną kobietą, jest bliźniaczo podobna do poprzedniej. Z góry wiadomo, że odpowiedź zawsze brzmi ,,NIE!” bez względu na to, co zaproponują disnejaki, więc po co w ogóle to pokazywać czy oglądać. No i jest oczywiście słynne amerykańskie przesłanie, do znudzenia powtarzane ostatnio w każdym filmie, że możemy zostawić przeszłość za sobą i być kowalami własnego losu.

Jak dla mnie Ratując pana Banksa to promocja kiczu made in USA i pochwała maszynki do zarabiania dolarów pana Disneya. Do tego film jest nudny i przewidywalny, więc można sobie darować. Słyszałam zresztą (bo ostatnio się interesuję tematyką), że lepiej już nie puszczać disnejowskich kreskówek dzieciom, ponieważ nie są poprawne politycznie (utrwalają stereotypy płciowe). A może to właśnie spadek popularności firmy (czyli gender) zainicjował powstanie tego filmu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *