Geniusz

Choć uwielbiam czytać, książki kocham ponad wszystko i od zawsze fascynowały mnie filmowe biografie wielkich pisarzy, to jednak za nic nie obejrzałabym Geniusza po raz drugi. Zwyczajnie należę do tych widzów, którzy nie są w stanie wciągnąć się w historię jeśli nie mogą ani zrozumieć głównego bohatera, ani go polubić. Wiem, że to małostkowe i nie powinno mieć znaczenia w ogólnej ocenie filmu, ale jednak dla mnie znaczy bardzo dużo. Choć dostajemy obraz przyjemnie teatralny, stylowy i inteligentny, a w dodatku wiele mówiący o historii literatury, to jednak górująca nad wszystkim antypatyczna osobowość Wolfe’ego, nadpobudliwego, zarozumiałego, hałaśliwego i egzaltowanego powieściopisarza, psuje całą frajdę z oglądania. Mówiąc prościej, przez cały seans miałam wrażenie, że gdyby nie te ciągłe wybuchy petard (a każde pojawienie się Jude’a Law na ekranie jest takim wybuchem) mielibyśmy do czynienia z naprawdę zajmującą historią.

Wyedytowani

Mamy lata 30. w Ameryce, środek wielkiego kryzysu i naprawdę musiałby się stać cud by jakakolwiek książka stała się bestsellerem. Cud jednak się ziścił w momencie, w którym do biura Maxa Perkinsa (Colin Firth), cenionego redaktora pracującego w renomowanym wydawnictwie Charles Scriber’s Sons, przyniesiono opasły tom maszynopisu autorstwa nikomu dotąd nieznanego Thomasa Claytona Wolfe’ego (Jude Law). Dzieło w formie surowej tak zachwyciło redaktora, że zdecydował się on nie tylko na żmudną pracę edytorską, której książka potrzebowała, ale też na poświecenie całego swego czasu, całego życia osobistego i zawodowego na rzeźbienie ze słów pisarza arcydzieła. Ważną częścią tej pracy było także budowanie relacji z artystą, który do łatwych w obejściu nie należał.

geniusz-1

Bombastycznie przesadzony, starający się za wszelką cenę żyć w każdej sekundzie pełnią życia Tom, to postać, która dosłownie wysysa powietrze z każdego pomieszczenia, do którego wchodzi. Pisarz jest tak przejęty swą wielkością, że nie waha się nawet złożyć jej w ofierze wszystkich, którzy darzą go uczuciem. Bliskich ludzi, takich jak Max Perkins, traktujący go jak syna, czy utrzymująca go od lat pani Bernstein (Nicole Kidman), wysysa jak wampir i porzuca, gdy jest już pewny, że więcej energii życiowej od nich nie dostanie. Straszny typ!

Gdyby Tom był choćby pół tonu łagodniejszy, gdyby dało się na niego patrzeć i słuchać go bez poczucia, że wszystko nas swędzi z irytacji, on i Max byliby moim ulubionym ekranowym duetem. Tom żywy, z błyskiem geniuszu w oku, spalający się wręcz w swojej pracy, a z drugiej strony surowy, gburowaty i milczący Max, pełen autorytetu, a po pewnym czasie także ojcowskiej dobroci i wyrozumiałości dla krnąbrnego przybranego syna. To mogło być coś wielkiego, ale albo Law przeholował, albo autentyczny Wolfe (wszak to historia prawdziwa) był takim hałaśliwym bufonem i nie dało się tego pominąć na ekranie. Jestem jednak pewna, że jeśli jesteście w stanie jakoś w głowie wyciszyć produkowany przez niego jazgot (ja nie umiałam), uznacie, że to całkiem ciekawa opowieść o męskiej przyjaźni, miłości, artyzmie i literackim Pigmalionie. Zapewne też będziecie sobie zadawać pytanie o to, kto tu jest naprawdę genialny, grafoman, z którego słowa wypływają niczym rwąca rzeka, czy redaktor, który ze smakiem i wyczuciem nadaje im ostateczną formę, tworząc z tej lawy prawdziwą sztukę.

Nie tylko nadmiar słów bywa w tym filmie wyedytowywany. W przypadku obu panów na czas ich współpracy, kurczy się drastycznie też życie uczuciowe i rodzinne. Żona Perkinsa (Laura Linney) musi sobie sama radzić z wychowywaniem gromadki córek, a zdesperowana pani Bernstein stacza się niemal na skraj załamania psychicznego gdy jej ukochany zdradza ją z pracą. Ciężkie jest życie obu geniuszy.

Różne oblicza twórczości

Dzięki temu, że Max Perkins był wydawcą nie tylko Wolfe’ego, ale też innych literackich sław przedwojnia, poznajemy wiele różnych podejść do pisarstwa. Tom to gejzer słów i emocji, produkujący opasłe tomy, pełne bujnych opisów i kwiecistych metafor. Jest tu jednak i F. Scott Fitzgerald (Guy Pearce), który już wcześniej pisał dość oszczędnie, a gdy jego żona ciężko zachorowała, zmaga się ze straszliwą i kompletnie paraliżującą twórczą niemocą. Pomiędzy tym, który może wszystko, a tym, który nie może już niczego napisać, plasuje się postać Hemingwaya (Dominic West). Ma on co prawda tu tylko jedną scenę, ale dobrą, w której wyjaśnia dynamikę produkcji słów i literackiego wypalenia.

Dużo o literaturze, a właściwie o warunkach, w jakich może powstawać dzieło, mówią też postaci drugoplanowe. W końcu Tom nie mógłby wyrzucać z siebie tysięcy słów dziennie, gdyby nie jego partnerka, płacąca za jego spokój i maszynopisy (Nicole Kidman nadal z dziwną mimiką; patrzy się na nią z niepokojem, gdyż dopiero co grała Gertrudę Bell, panienkę na wydaniu, a tutaj wciela się w rolę podstarzałej żydowskiej sponsorki geniusza), a Max nie mógłby spędzać tyle czasu z czerwonym ołówkiem w ręku, poddając teksty korekcie, gdyby jego małżonka nie ogarniała za niego wszystkich bardziej przyziemnych spraw. Paniom także należy oddać sprawiedliwość.

Choć film ten w całości jest dla mnie niestrawny, to jednak muszę przyznać, że jest to kolejny wspaniały aktorski popis Colina Firtha. Jedyny i niepowtarzalny pan Darcy, znów jako zdystansowany i nieco sztywny dżentelmen, kradnie serca widzów. Jude Law nie miał przy nim szans, a niestety bardzo się stara, psując cały film. Do najlepszych scen moim zdaniem należą w Geniuszu te, w których Max Perkins siedzi samotnie nad maszynopisem i wykreśla zbędne słowa. Ach, ten widok dzieła w surowej postaci, pożółkłego papieru i to jeszcze w połączeniu ze skrzypieniem ołówka:) Od patrzenia na to jak rodzi się kolejna wielka amerykańska powieść, każdemu bibliofilowi serce zacznie szybciej bić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *