Dziedzictwo, Ann Patchett

Lekturę poprzedniej książki amerykańskiej autorki, Stanu zdumienia, wspominam bardzo miło. Pamiętam, że byłam pod ogromnym wrażeniem ogromnej precyzji wyrażania przez nią nawet najbardziej delikatnych, mglistych zjawisk, które Patchett przyszpilała z determinacją słowami. Do dziś często polecam tę książkę, nawet jeśli kogoś niespecjalnie interesuje nieskończona płodność zamieszkujących dżunglę seniorek :). Dziedzictwo to zupełnie inna literatura, jeśli chodzi o temat i o formę, jednak język pozostał nadal precyzyjny jak skalpel. I choć temat relacji w typowej amerykańskiej rodzinie może i nieco mnie nudził momentami, to jednak klarowne i cudownie trafne opinie i opisy robiły na mnie niezmiennie wielkie wrażenie. Aż sama się zdziwiłam, bo jestem dość prostą czytelniczką, zazwyczaj ślepą na podobne niuanse.

Dżin, słońce i pomarańcze

„Jak powszechnie wiadomo, sok pomarańczowy nie pasuje do dżinu, a zresztą, kto by się spodziewał drinków na przyjęciu z okazji chrztu?”

Po pierwsze, od razu wiadomo, że bohaterowie nie mają polskich korzeni. Po drugie, kto by się spodziewał, że taka drobnostka, jak rodzaj rozdawanych na chrzcinach drinków w pewne gorące kalifornijskie popołudnie, będzie miał taki wpływ na losy niemal wszystkich obecnych na przyjęciu osób? Akcja rozpoczyna się w głębokich latach 60-tych, kiedy to do domu państwa Keatingów schodzą się wszyscy znajomi i rodzina, czyli w przeważającej części policjanci, ich żony i dzieci, by świętować pojawienie się na świecie drugiego dziecka Fixa Keatinga, małej Franny. Oprócz niej Fix i jego żona Beverly mają jeszcze Caroline. Dla fabuły bardzo ważna jest struktura nie tylko tej podstawowej komórki społecznej, ale także skład rodziny jednego z gości, który w dodatku sam się wprosił. Albert Cousins, młody prawnik, zostawił w tę gorącą niedzielę w domu żonę Teresę, troje dzieci: Cala, Holly i Jeanette oraz Albiego, którego narodzin dopiero się spodziewano. Pod wpływem osobliwej atmosfery radości pomieszanej z oparami alkoholowymi, dochodzi do pocałunku Alberta i Beverly, co będzie miało wielki wpływ na wszystkich dziesięciu członków rodzin Cousinsów i Keatingów.

Gdy piękna i urocza Beverly oraz przystojny jak model Albert, opuszczą swoich dotychczasowych małżonków, rozpocznie się dla ich bliskich dziwny okres pełen wzajemnych pretensji, dziecięcych przygód i wielu podróży samolotem. Zakochani, wraz z córkami Beverly, przeprowadzą się do Wirginii, gdzie czwórka dzieci Alberta będzie przylatywać co roku na wakacje. Niechętny przebywaniu w domu Albert, nie zmieni się w drugim małżeństwie i nadal będzie wiecznie nieobecny. Beverly także nie będzie się rwała do domowych obowiązków przy szóstce dzieci. Zdane na własną zaradność i pomysłowość, łobuzy przeżyją niejedną przygodę, o której nikt się nie dowie, nawet, gdy jedna z nich będzie miała śmiertelny finał.

Ale nie o tym jest ta książka, a przynajmniej nie tylko. Ann Patchett objęła swą kunsztowną narracją pięć następnych dekad, które nastąpiły po zakrapianych dżinem chrzcinach. W każdym kolejnym rozdziale możemy przyjrzeć się dokładnie pewnemu okresowi w życiu jednego z bohaterów, ale za każdym razem jest to innym moment, który czytelnik sam, jak puzzle, musi umieścić na osi czasu. Nie jest to trudne, ale bardzo satysfakcjonujące, zwłaszcza, że nasi bohaterowie są tak bardzo różni od siebie nawzajem.

Słowem w punkt

Z jednej strony jest to powieść jakich wiele, pokazująca, że nawet w amerykańskiej sielance zdarzają się popaprane historie rodzinne, a dorastanie, małżeństwo czy żałoba nigdy nie przebiegają lekko i bezboleśnie. Każda rodzina ma jakieś tajemnice, jej członkowie krzywdzą się nawzajem i zawierają sojusze, co wszyscy znamy doskonale z własnego doświadczenia. Jeśli ktoś nie przygląda się bacznie językowi, łatwo pogubi się w tej galerii sióstr i braci, drugich i trzecich żon oraz rodzonych i przybranych dzieci. Mnie się to nie zdarzyło, ponieważ, dzięki plastyczności opisów, czytałam tę powieść tak, jakbym oglądała film, z pełną wyrazistością barw, kształtów i charakterów. Wspaniale było poczuć, że autorka odbiera ludzi i rzeczy w podobny do mnie sposób. Czasem wystarczyło mi jedno zdanie, bym zrozumiałą jakim ktoś jest człowiekiem i to w całej złożoności swego charakteru.

Tak było na przykład z małą Holly, która „najwyraźniej miała naturalną potrzebę zadowalania innych”, albo z jej siostrą Franny, która „jeszcze nie wiedziała, jak nienawidzić matki, ale ilekroć cała we łzach rozstawała się z ojcem na lotnisku, coraz bardziej zbliżała się do rozwiązania tej zagadki”. Podobnie opisywani są tu także inni bohaterowie, a ja za każdym razem poznając bliżej któregoś z nich, miałam wrażenie, że komunikuję się z autorką niemal telepatycznie. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest powieść napisana efekciarsko, czy choćby efektownie, ale raczej porządnie, rzetelnie i solidnie, ale tak, że widać, iż pozorna lekkość każdego z celnie wymierzonych zdań, musiała kosztować godziny drobiazgowej dłubaniny nad każdym słowem i ja, jako czytelniczka, bardzo to doceniam. Zbyt często stykam się z prozą, po której od razu widać, że autor miał dobry pomysł, ale na jego porządną realizację nie starczyło mu już chęci i cierpliwości. Czy nie zdarza wam się czasem zupełnie nie wiedzieć, o czym rozmawiają bohaterowie, ilu ich jest w danej scenie lub choćby gdzie dokładnie się znajdują? Mnie takie pisarskie niechlujstwo trafia się coraz częściej, po nim poznaję złą literaturę i dlatego dla odmiany tak się zachwyciłam kolejną powieścią Ann Patchett, której pomysł na książkę nie wzbudził we mnie fajerwerków radości czy ciekawości, ale jego porządna realizacja, jak najbardziej.

2 thoughts on “Dziedzictwo, Ann Patchett

  • Lipiec 10, 2017 at 4:21 pm
    Permalink

    Opis – ciekawy. Sama książka – według opisu dobra. Ale zdjęcie z kotem dopasowanym do koloru pomarańczy z okładki – cudowne! Jak kameleon. Jednak sądzę, że ani on nie zmieni koloru pod inną okładkę, ani nie macie dużo więcej kotów w różnych kolorach, więc trafiło się wyjątkowo. :))

    Reply
  • Lipiec 10, 2017 at 5:48 pm
    Permalink

    Bardzo się cieszę, że ktoś oprócz mnie docenia urodę kocura Fiflaka. To urodzony model, osobnik bardzo fotogeniczny, a do tego cierpliwy. O dziwo potrafi dopasować się do nastroju i kolorytu różnych książek, choć z pomarańczkami mu wyraźnie najlepiej. Prawdziwy talent :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *