Ewa Madeyska, Rodzina O. Sezon I. 1968/69

Widząc zapowiedź na okładce, obiecującą czytelnikom, że oto przyszło im obcować z „pierwszym polskim serialem literackim”, pomyślałam, że mam do czynienia ze zwyczajną powieścią, która już niedługo zostanie sfilmowana. No nie zachęciło mnie to do lektury, ale się zebrałam i nie żałuję. Okazało się bowiem, że powiązania z telewizją są w tym przypadku znacznie mniej oczywiste. Pod wieloma względami powieść Ewy Madeyskiej jest naprawdę innowacyjna, choć są to innowacje dość zaskakujące. By je poczuć, musimy się najpierw w powieści zanurzyć i rozsmakować, co z początku nie jest łatwe, bo od razu wpadamy w wir wydarzeń. Ale spokojnie, mamy na uporządkowanie myśli niemal 550 stron :), nie zniechęcajcie się więc po pilocie.

Opolscy swoich czasów

Jak już wynika z tytułu, akcja powieści rozgrywa się w latach 60-tych, ale nie jesteśmy zbytnio ograniczeni ramami czasowymi, gdyż narracja pełna jest retrospekcji, głównie z lat wojennych. Jesteśmy w mieście o nazwie Bolegoszcz. Jest to miasto ,,ani małe, ani duże, ani stare, ani młode”. Po prostu zwyczajna polska mieścina, podobna do tych, z których większość z nas się wywodzi. Mieszka tu siedemdziesięcioletnia wdowa po sędzim, Helena Opolska, której cechami charakterystycznymi są dewocja i niezłomny charakter, a jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, brak jednego oka. Nasza cyklopka ma syna Tadeusza (drugi syn zaginął na wojnie), znanego w Bolegoszczy psychiatrę, męża Barbary, z którą obecnie jest w konflikcie. Opolscy maję też dwóch synów, Andrzeja (ucznia ostatniej klasy liceum) i studiującego prawo Pawła. Oprócz nich poznajemy także ukochane i przygodne kochanki Opolskich, jak również przyjaciół i współpracowników starszego i młodszego pokolenia. Ważną informacją dla wszystkich przyszłych czytelników może być to, by nikogo, ale to absolutnie nikogo nie lekceważyć, gdyż nie wiadomo jak w finale splotą się losy wszystkich przedstawionych nam bohaterów (a obiecuję, że na końcowe niespodzianki warto czekać te 500 stron).

Zagłębiając się w losy rodziny Opolskich, najpierw ma się wrażenie, że podobnych historii znamy już setki, potem myślimy, mniej więcej w połowie, że czytamy nie powieść, ale archetypiczną kronikę życia każdej rodziny w tym kraju, a na koniec czujemy już dech wielkiej Historii, która odkształciła naszych bohaterów, każdego na jego własny, niepowtarzalny sposób. Największą sympatią od początku darzyłam Barbarę, żonę Tadeusza, która z rozdziału na rozdział przechodzi prawdziwą metamorfozę. To taka pełnokrwista kobieta, a nawet polska baba, która gdy trzeba jest przekupką, a gdy trzeba damą. Póki w małżeństwie jest dobrze, sprawuje jedynie funkcję żony przy mężu, ale jak się sprawy sypią, nie boi się (dosłownie) ubrudzić sobie rąk. Barbara jest skomplikowana i to mi się podoba, ale to nie znaczy, że inni bohaterowie tej rodzinnej sagi nie są złożeni i pogmatwani. Wszyscy tu mają warstwy jak cebula, dźwigają emocjonalny bagaż niczym garb i próbują uporać się z osobistą historią, która jest często tak samo skomplikowana jak historia całego naszego kraju.

Nawet jeśli nie interesuje was pomysłowa forma, bo na przykład nie jesteście fanami seriali telewizyjnych, to i tak radzę zapoznać się z sagą o Opolskich. Jako osoba, która trochę się spóźniała na lata 60-te, dostałam od Ewy Madeyskiej niepowtarzalną szanse przeniesienia się w socjalistyczne realia tamtych czasów. Chcecie wiedzieć jak to jest spędzać soboty na czynie społecznym, stać w kolejkach, bać się donosicielstwa sąsiadów zza ściany, czy nie móc kupić sobie legalnie zachodniej marki papierosów? Czytając tę książkę poczujecie niemal na własnej skórze jak to było. Pod tym względem autorka bardzo różni się od większości swoich koleżanek po piórze, które tworząc stereotypową ,,prozę kobiecą” idą w stronę liryzmu, uczuciowości i kuchennej psychologii, zapominając, że dobra historia musi być przede wszystkim porządnie osadzona w realiach. W świecie Bolegoszczy można się porządnie rozsiąść i rozgościć, poznać topografię miasta, jego klimaty, zapachy i patologie. Uwielbiam takie pełnokrwiste historie!

Serialowość powieści

Rodzina O. to dowód na to, że nawet telewizyjny tasiemiec może wzbić się na artystyczne wyżyny. Widać, że za serialowy wzór do przeniesienia na język literacki nie posłużyły Ewie Madeyskiej wysokobudżetowe produkcje HBO czy Netflixa (to by było za proste?), a polsatowski i TVNowski kicz puszczany od pory obiadowej do późnego wieczora. Tym, co wysuwa się na plan pierwszy jest dynamiczny montaż scen w powieść. Myślicie pewnie, że już nieraz czytaliście książki, w których akcja mknęła jak burza, w czym pomagały krótkie, pourywane w połowie ciekawej rozmowy sceny, ale zapewniam, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Autorka rezygnuje z finezji, na rzecz efektowności i wygrywa, przynajmniej tam, gdzie chodzi o czystą radość czytelniczą, o telewizyjna rozrywkę. Szczególnie przypadło mi do gustu jej poczucie humoru, widoczne w wyborze momentów, w których musimy porzucić bohatera (w połowie zdania) na rzecz innego członka rodziny Opolskich. Nie zawsze są to bowiem momenty ważne czy przełomowe, a często wręcz błahe i nieistotne jak te, gdy Hanka Mostowiak nalewa zupę, i w tym serialowość powieści jest najlepiej widoczna. Literatura ma bowiem zazwyczaj jakiś głębszy cel, a w telewizyjnym tasiemcu chodzi o zwykłe trwanie, przedłużanie i wydziwianie, co Madeyska doprowadza do arcyśmiesznej perfekcji.

Poczucie humoru bohaterki uwidacznia się także w (bardzo efektownych, niczym z sitcomu) grach słownych. Można takich zabiegów nie lubić lub lubić; ja akurat lubię, bo mnie śmieszą, szczególnie jeśli oddają charakter pełnokrwistych postaci. „Ordynator zgiął się w pół. Kręgosłup w rozdarciu. Mocz w natarciu. Synowie w zwarciu” albo ,”Zamiast czynić w nim pokutę, Ewa wyobrażała sobie porutę. Zamiast drażnić plecy, ostra wełna drażniła sutki”. No i taka to powieść, przy której nie sposób się nie uśmiechnąć przynajmniej kilka razy.

W repertuarze powieściopisarki jest jeszcze wiele innych filmowych trików, ale zostawię je już waszej czytelniczej wyobraźni. Dodam może jeszcze na koniec tylko, że w Rodzinie O. szczególnie udał się finał sezonu. Zgrabnie zebrane wątki, spektakularne zwroty akcji, odkryte wielkie i małe tajemnice, a przede wszystkim kulminacja napięcia, dzięki której sprawa zakupu i przeczytania sezonu drugiego jest już raczej pewna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *