Wykłady Profesora Niczego, Mieciu Mietczyński

Pan Mieczysław Mietczyński jest od długiego czasu fenomenem polskiego YouTube’a, gdzie na swoim kanale przybliża odbiorcom tematykę związaną z szeroko pojętą kulturą. Możemy tam znaleźć dziesiątki filmików, w którym Profesor streszcza na swój sposób lektury ze szkolnego kanonu. Teraz postanowił wydać swoje mądrości w formie książkowej, bo w końcu czytelnictwa dotyczy jego oryginalna twórczość. Choć nie jestem w stanie oglądać jego wystąpień (przepraszam, ale naprawdę się starałam), to postanowiłam dać szansę książce. W końcu przelanie myśli na papier wymaga dłuższego pomyślunku i liczenia się ze słowami, niż, często bardzo spontaniczny, słowotok przed kamerą. Niestety, forma pisana jest dokładnym odpowiednikiem formy wizualnej. Przebrnięcie przez ten tom wywołało we mnie najpierw falę odrazy i zażenowania, następnie zdumienie i niedowierzanie, by w końcu przejść w podziw, że jednak ktoś tak może. Poniższe słowa będą krótkim streszczeniem mojej intelektualnej przygody z Wykładami Profesora Niczego.

Odraza i zażenowanie

Podejrzeń nabrałam już na samym początku, gdy autor wspomniał o orgazmie u kilku feministek, a dalej było już tylko gorzej. Bluzgi na postaci mitologiczne typu „Hera (ta wredna picza z serialu Hercules) czy postaci literackie np. „Werteryzm – czyli bycie mentalną pizdą”, są w tym tomie normą. Ale gdyby chodziło tylko o to, z pewnością miałaby ta twórczość jakąś intelektualną wartość. W założeniu Wykłady miały być ciekawą i śmieszną wycieczką po epokach literackich i po lekturach, które każdy licealista znać powinien. Niestety, ani to ciekawe, ani śmieszne. Jest wręcz nudno i smutno gdyż pan Mietczyński naprawdę streszcza (źle, ale sumiennie) epoki literackie od starożytności po czasy współczesne. Krok po kroku przepisuje historię literatury światowej i polskiej, zahaczając też o filozofię (poglądy jednego z wielkich myślicieli streszcza np. tak: „Z jego tekstów można wywnioskować, że człowiek jest z natury chujem i nie jest to jego wina”), co skłania czytelnika do myślenia o tym, jakie męki musiał przechodzić autor. Aż mu niemal współczułam, ale do czasu.

Moje współczucie wiązało się z tym, że prawdopodobnie ktoś, kto o wybitnej powieści pisze „zasrane Nad Niemnem” i kto w twórczości romantyków widzi tylko ględzenie depresyjnych smutasów, musi naprawdę nienawidzić literatury, by mieć ją i jej twórców w tak wielkiej pogardzie.

Byłam skonfundowana tym, że nie do końca rozumiałam też dla kogo jest to pisane, gdyż zaręczam, że nawet jako osoba, która sumiennie przerobiła każdą z obrażanych tu lektur, nie do końca byłam w stanie zrozumieć streszczenia. Pisane są one bowiem językiem tak udziwnionym, tak na siłę młodzieżowym (w stylu młodzieży z dołów społecznych, stereotypowo pijącej piwo w bramach), że nie można się wprost połapać, co autor miał na myśli. Osoby, do których niby jest to kierowane, czyli nastolatki, muszą mieć z tymi długimi i mętnymi rozważaniami nie lada problem.

Kluczem do zrozumienia celowości takiej twórczości może być jedynie chęć spełnienia funkcji ludycznej, czyli rozbawienia czytelnika. Mnie niestety nie bawi tak niskie poczucie humoru, ale może pan M. i jego odbiorcy mają więcej wyobraźni. Przyznam szczerze, że rozbawiło mnie tylko jedno zdanie w całym tym grubym tomie. Fraza dotyczyła Mickiewicza i jego młodzieńczego zesłania: „myśląc o zesłaniu w głąb Rosji, jestem w stanie sobie wyobrazić gorsze scenariusze niż przymusowe wykonywanie zawodu nauczyciela”. Rozbawiło mnie to, gdyż ja ten zawód dość długo wykonywałam i jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie gorszego scenariusza. Pomyślcie sobie o pracy polegającej na opowiadaniu o literaturze komuś, kto jest w stanie pojąć jedynie Wykłady Profesora Niczego :(

Zdumienie i niedowierzanie

Gdzieś od połowy książki robi się bardziej poważnie. Nadal padają grube epitety, ale widać, że piszącemu jakby zaczęło bardziej zależeć lub zwyczajnie skończyła się energia na słowne wygibasy. Wtedy zaczęłam się zastanawiać na poważnie nad tym, jak to z tym Mieciem Mietczyńskim jest. Jestem pewna, że ktoś, kto nie rozumie lub nienawidzi literatury aż tak by na nią cięgle bluzgać, nie byłby w stanie jednocześnie pochłonąć tylu woluminów. Paradoks polega na tym, że w miarę czytania rozumie się coraz więcej i chce się czytać coraz więcej podobnych rzeczy. Trzeba być też osobą dość inteligentną by się takim Mickiewiczem czy Słowackim nie znudzić. Jak zatem pan M. może być bystrym i ciekawskim czytelnikiem, a jednocześnie sprowadzać niemal każdą omawianą przez siebie pozycję do poziomu rynsztoka?

Możliwe, że się mylę, że moje trzy dekady czytelniczego doświadczenia nic nie znaczą, a czytanie wielkiej literatury wcale nie podnosi IQ, ale nie sądzę. Gdy jest się barbarzyńcą, na jakiego pozuje Profesor Niczego, już po kilku stronach powieści czytelnik odpada. O co więc chodzi?

Podziw

Moja teza jest taka, że pan Mieczysław Mietczyński jest bystrym człowiekiem, który postanowił zarobić na swojej pasji. Osobiście smuci mnie bardzo to, że aby trafić do odbiorców (a kanał YT autora ma ich aż pół miliona, co jest super światowym wynikiem) trzeba z siebie zrobić błazna, a z nich idiotów i analfabetów, którzy nie są w stanie pod groźbą żadnej kary przyswoić arcydzieł rodzimej literatury. Gdy się nazwie kogoś „chujem” czy „lesbą” to od razu dzieciaki nastawiają uszy, ale co z tego zostaje w głowie poza wulgaryzmem? Z drugiej strony rozumiem twórcę i podziwiam to, że jest w stanie się przemóc i zrobić coś tak infantylnego jak adaptacja Balladyny Słowackiego na ludziki lego i różyczki brokuła.

Mogłabym oczywiście w tym miejscu ponarzekać na upadek współczesnej młodzieży i kulturę popularną, ale po co. To głos wołającego na puszczy. Zresztą jeśli moja praktyka szkolna czegoś mnie nauczyła to tego, że nie wszyscy muszą. Nie do każdego mózgu przeniknąć może to, co stworzyły najtęższe umysły ludzkości, te wszystkie Szekspiry czy Mickiewicze z inteligencją przebijającą wszelkie skale. Społeczeństwu poza humanistami czy inżynierami czytającymi dla przyjemności, potrzebni są też zadowoleni ze swego losu pracownicy fizyczni, za młodu rechoczący z tego, że ktoś napisał w śmiesznej książce słowo „pizda”.

4 thoughts on “Wykłady Profesora Niczego, Mieciu Mietczyński

  • Listopad 9, 2017 at 10:19 pm
    Permalink

    Nie łapię potrzeby pisania o takich gniotach. Zaręczam, że idiotyzmów w kinach i księgarniach można znaleźć na kopy. Też szmirowatych obrazów, nieudanych sztuk teatralnych i wszystkiego, co można zobaczyć lub kupić. Czy warto poświęcać czas na ich recenzowanie/omawianie? Rozumiem, że myśl jaka tu przyświeca, to „obrona kultury”. Ale najlepszą obroną czytelników i kinomanów jest wskazanie, co warto czytać/oglądać, a przede wszystkim przekonujące napisanie dlaczego. Listowanie czego nie warto (czytać, oglądać…), jest może zadaniem szlachetnym, ale jeśli nie warto tego czytać, to po co o tym czytać? Ma to lekki posmak reklamy gniotów. A potrzebna jest zapewne reklama wartości.

    Reply
  • Listopad 10, 2017 at 12:56 pm
    Permalink

    Dziękuję za ten komentarz, z którym częściowo się zgadzam. Niestety, decydując się na przeczytanie tego ,,dzieła”, nie podejrzewałam, że będzie aż tak źle. Mimo wszystko chciałam wywiązać się z podjętego zadania. Gdy piszę teksty na bloga, często przyświeca mi zasada, że ,,Ja przeczytałam, żebyście Wy nie musieli”. Myślę, że warto czytelników ostrzegać, uprzedzać, informować o tym, co może być dla nich złe lub wytrącić ich z równowagi (jak to się stało ze mną).
    Z drugiej strony absolutnie nie żałuję tej lektury, gdyż uważam, że warto zapoznawać się z fenomenami współczesnej kultury, choćby po to, by móc sobie samemu wyrobić o nich zdanie. W pewnym senie autor, którego książkę opisałam, reprezentuje konkretną grupę twórców, mających duży wpływ na młodzież i jeśli mam kogoś przed nim ostrzegać (mam na przykład brata licealistę, którego czytelniczy los leży mi na sercu) to chciałabym wiedzieć dlaczego.

    Reply
    • Listopad 10, 2017 at 2:11 pm
      Permalink

      Oczywiście, ostrzeganie ma swoje zalety. Ale gdyby tu WSZYSTKIE recenzje były o tym, czego nie czytać i nie oglądać, nie zaglądałbym na ten blog. A gdyby WSZYSTKIE teksty były o książkach i filmach jakie warto wyszukać, a wyjaśnienia by do mnie zawsze i celnie trafiały, zaglądałbym tu bardzo często. I prawdopodobne, że to pasuje do wielu. To o czym lepiej pisać? Przy tym tekstów tu mniej niż kiedyś. Gdy „wystrzelasz” swój wolny czas na odradzanie, mniej go zostaje na wyszukiwanie i zachęcanie. Oczywiście, to Twój blog i jak się komuś nie podoba, niech założy swój. :)) Ale mnie się tu nierzadko podoba i właśnie dlatego namawiam do pisania o tym, co się podoba.

      Reply
  • Listopad 13, 2017 at 8:45 am
    Permalink

    Gdyby wszystkie teksty zamieszczane tutaj były radośnie entuzjastyczne i bez przerwy polecałabym tylko dobre moim zdaniem rzeczy, to szybko odezwaliby się niezadowoleni, którzy by twierdzili, że to same artykuły sponsorowane i że nie jestem szczera.
    Uważam, że moi blogowi czytelnicy zasługują czasem na to, żeby ich ostrzec i to właśnie robię. Zresztą nie rozumiem w czym problem, bo przecież napisałam wyraźnie, że Wykłady to nie jest dobra rzecz, co logicznie powinno innych zniechęcić do zakupu i spadku (choćby minimalnego) popularności autora.

    Jeśli zaś chodzi o mniejszą ilość tekstów ostatnio, to nie wynika ona z tego, że wolę odradzać, czy że mi się nie chce, tylko z komplikacji zdrowotnych, zupełnie ode mnie niezależnych. Wcale nie ,,wystrzelałam” wolnego czasu na negatywne opinie, tylko na pobyt w szpitalu i takie tam. Jeśli już o czymś pisze, to wynika to z mojej wewnętrznej potrzeby pochwalenie czegoś lub pozrzędzenia jakie to było złe i mam nadzieję, że już niedługo będę to robiła równie często jak kiedyś.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *