Doktor Strange

Poszłam na film w doborowej obstawie, bo z nastoletnim bratem, który jest prawdziwym specem od komiksów Marvela. Zawsze to lepiej mieć kogo spytać o oryginalną wersję wygibasów, jakie widzimy na ekranie. Pomoc jednak nie była konieczna, nie pogubiłam się w fabule ani razu i nawet dobrze się bawiłam (cóż z tego, że pewno umknęło mi kilka niuansów, czytelnych jedynie dla komiksowych zapaleńców:). W dodatku filmowcy zadbali o doborową obsadę i widowiskowość, i gdyby jeszcze w podobny sposób zadbali o głębię dialogów i wymowę całej fabuły, to byłoby naprawdę fantastycznie.

Łapki dziwnego doktora

Dr Strange (Benedict Cumberbatch), którego poznajemy na początku filmu, nie jest postacią budzącą sympatię, ale podziw jak najbardziej. Jest geniuszem neurochirurgii, która dzięki niesamowitej wiedzy, inteligencji i prawdziwemu darowi do uzdrawiania, potrafi dokonać niemożliwego jeśli chodzi o mózg i rdzeń kręgowy. Niestety, wielka gwiazda medycyny ma przeogromne ego, a jego pracy przyświeca nie chęć pomocy innym, a potężna ambicja i samouwielbienie. Oczywiście wszystko się zmienia w momencie, gdy Strange ulega ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego jego cudowne ręce stają się niesprawnymi, drżącymi kikutami. Szukając alternatywnego sposobu na uleczenie tego, czego tradycyjna medycyna już nie jest w stanie naprawić, Strange trafia do Nepalu, do tajemniczego miejsca, które z początku wygląda na przyczółek buddyjskiej sekty, a po bliższym poznaniu okazuje się wszechświatowym centrum walki z mrocznymi siłami z innych wymiarów. Zgromadzeniu osób, które są po części superbohaterami walczącymi na miecze świetlne i inne gadżety, a po części sadzącymi mądrości życiowe podróżnikami w czasie i przestrzeni, przewodzi tajemnicza czarodziejka, zwana Przedwieczną (Tilda Swinton). Pod jej wpływem doktor, który chciał tylko wyleczyć dłonie i wrócić do dawnego samolubnego życia, zaczyna przeżywać duchową przemianę, a że to bystry chłopak, szybko wyrasta na nadzieję wszystkich czarowników na naszej planecie. Gdy siły zła pod przywództwem złowieszczego Kaeciliusa (Mads Mikkelsen) atakują, Strange może nie jest do końca na to gotowy, ale z powodzeniem nadrabia braki inteligencją i wrodzonym darem do użytkowania nietypowych przedmiotów magicznych. Doktor może z niego dziwny, ale wojownik pierwsza klasa, szczególnie gdy ubrany niczym Drakula w purpurową pelerynę, lewituje nad zgrają atakujących go rzezimieszków z cyrkowym makijażem na twarzach. Na samego latającego Sherlocka warto wybrać się do kina.

Aktorski parnas w piaskownicy

Prawdę mówiąc jedynymi momentami, w trakcie których czułam dyskomfort oglądając film, były te, w których znakomici aktorzy nie mogli się powstrzymać i naprawdę grali, a tam nie było za bardzo czego. Doktor Strange to efektowne cacko, pełne zainspirowanych Incepcją efektów specjalnych i spektakularnych scen walki. Gdyby główne postaci grali jacyś mniej znani i mniej zdolni artyści, film prawdopodobnie na tym by zyskał. Tutaj jednak Cumberbatch i Swinton, ulubieni aktorzy połowy świata, a do tego Mads Mikkelsen i Rachel McAdams i Chiwetel Ejiofor, w śmiesznych kostiumach i w jeszcze zabawniejszej charakteryzacji marvelowskich pomniejszych bóstw, mimo konwencji dają z siebie wszystko, powodując zgrzyt w płaskiej narracji komiksowego hitu. Nawet całkiem ładnie sklecone ironiczne żarciki miałyby inne znaczenie, gdyby to nie byli Swinton, Mikkelsen i Cumberbatch.

Nie chcę być złośliwa, ani bronić nikomu obcowania z najlepszymi artystami w swoim fachu, ale zastanawiam się na co to wszystko. Czy nie byłoby lepiej gdyby cała ekipa spotkała się na planie jakiegoś fantastycznego dramatu, albo jeszcze lepiej, na planie serialu na miarę House of Cards. Zapewne i tak kosztowałoby to mniej niż kolejny Marvel w kinie, a uczta dla zmysłów byłaby niezapomniana. No ale kto powiedział, że nastoletniej widowni nie należy się to samo:)

Oprócz tego, że aktorzy za dobrzy (jak często ktoś ma taki problem?) nic w filmie nie przeszkadza w doskonałej zabawie. Nie miałam problemu z tym, jak ładnie, gładko, jednowątkowo się wszystko układa i że od razu wiadomo do czego to zmierza. A dzięki mądrościom wypowiadanym przez Przedwieczną i wizjom alternatywnych wszechświatów, na które wielu widzów już zdążyło ponarzekać, naprawdę możemy poczuć klimat epoki, w której powstał komiksowy Strange. Ten cały New Age i hipisowskie odwołania do filozofii Wschodu ładnie współgrają z magią praktykowaną przez superbohaterów, którzy tak jak Avengersi sferę fizyczną, ochraniają sferę duchową naszego świata.

Tilda Swinton łysa

Fantasy league

Rozumiem, że Doktor Strange to film dla młodych widzów, aktywnych konsumentów popkultury, który ma przede wszystkim na siebie zarobić. Jest to też jednak film, których starszych nakłania do intensywnych marzeń i wzbogacania listy filmowych życzeń takimi wpisami jak „Doczekać filmu, w którym Tilda Swinton zagra prawdziwego, bardzo kontrowersyjnego przywódcę sekty” lub „Obejrzeć film, w którym bracia grani przez Mikkelsena i Cumberbatcha, walczą o względy niezdecydowanej Tildy”. Pomarzyć można. No i kto nie poszedłby do kina na taki film? Jakby dodać do tej mieszanki demonicznego Toma Hardy’ego, a akcja toczyłaby się w czasie drugiej wojny światowej, wyszedłby zapewne najbardziej nagradzany i najchętniej oglądany film ever.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *