Avengers: Wojna bez granic

Nie planowałam na to iść, ale poszłam i nie żałuję (jakie to cuda potrafią zdziałać darmowe bilety :). Dobrze jest czasem wiedzieć, co jest na czasie, co ogląda młodzież, czym pasjonują się tłumy wiernych fanów. W końcu jak by nie było saga Marvela to ikona popkultury i nie można pozostać, co do niej całkowitym ignorantem. Film, od początku wygrywający wszelkie rankingi popularności, okazał się niezbyt męczący (no wcale nie czułam tych 2 godz 40 min w kinowym siedzeniu), a co najważniejsze, nie trzeba znać dokładnie wszystkich poprzednich części, by dobrze się bawić na seansie. Oczywiście dokładna znajomość całości może pogłębić odbiór licznych niuansów. Choć osobiście przyznaję się do kojarzenia tylko jednej trzeciej z ekranowych bohaterów, nawet ja szybko się zorientowałam, że fabuła nowych, epickich Avengersów to jedno długie mruganie okiem do wiernego widza, a tak żeby miał trochę radości i poczuł, że te setki złotych wydanych w ciągu ostatniej dekady na filmy o latających i skaczących facetach i babkach w lateksie, nie były całkowicie zmarnowane.

Przyjdzie Thanos i nas zje

Aż mi głupio opisywać taką fabułę, ale co mi tam. Otóż najgorszy bandzior we wszechświecie, oprawca masakrujący planetę za planetą, wyglądający jak skrzyżowanie Shreka i wielkiego przegniłego kartofla, czyli Thanos, wpada na pomysł ciekawego projektu. Stwór zauważa, że źródłem większości cierpień na tym świecie jest ograniczona liczba zasobów. Przywrócenie kosmicznej równowagi, czyli w jego pojęciu, zlikwidowanie ilości żywych stworzeń o połowę, położyłoby kres wszystkim cierpieniom, w tym wyniszczającym wojną o wspomniane zasoby (co ciekawe, nikt mu nie mówi, że się myli, bo się nie myli; pamiętacie Inferno Dana Browna?). By móc za jednym pstryknięciem palców pozbyć się połowy ludzi i wszelkich ufoludów, Thanos musi najpierw uzupełnić swoją kolekcję biżuterii. Potrzebną wszechmoc mogą mu bowiem zapewnić jedynie Kamienie Nieskończoności, czyli kolorowe szkiełka tak stare jak wszechświat, odpowiadające za różne jego aspekty (np. Kamień Czasu, Kamień Duszy). Oczywiście, by zdobyć upragnione klejnoty, Thanos musi się trochę wysilić, gdyż są w posiadaniu różnych superbohaterów, gotowych prędzej umrzeć niż przyczynić się do masowej zagłady połowy żyjących istot.

Film jest właściwie serią podobnych do siebie starć, między Thanosem, a niemal wszystkimi superbohaterami z Universum Marvela. No kogóż tu nie ma? Nawet sobie nie wyobrażam jakich zabiegów myślowych dokonali scenarzyści wplatając do jednej opowieści Spider-Mana, Doktora Strange’a, Iron Mana, Kapitana Amerykę i ekipę Strażników Galaktyki. Mnie taka różnorodność bynajmniej nie razi, gdyż organicznie nie trawię supermęskich typów pokroju Chrisa Evansa, Roberta Downeya Jr. czy Josha Brolina, a im więcej Zoe Saldany, Elisabeth Olsen, czy Benedicta Cumberbatcha, tym mniej tych niesympatycznych panów. Jak możecie się domyśleć, Ci, którzy mnie dłużej czytacie, za główną zaletę tego projektu uważam fakt, że Bradley Cooper, grający szopa-królika, nie pokazuje swojej rażącej twarzy.

Efekciarskie fajerwerki i zimne kalkulacje

Wszystko jest w tym filmie mocniej, barwniej, więcej i lepiej niż w czymkolwiek, co widziałam do tej pory (no może te bombastyczne katastroficzne widowiska z The Rockiem dorównują temu czemuś rozmachem) i na pewnym poziomie nawet to doceniam. Jak są mięśnie, to hiper nadmuchane, jak superbohaterowie, to od razu dwudziestu się zjawia, nawet karzeł (Peter Dinklage) większy niż zwykle w swej przeogromniastej kuźni. Nieco to przytłaczające, choć na pewno robi wrażenie. Niestety, w tym zalewie efektów specjalnych, giną gdzieś dialogi i emocje. Zresztą jest ich jak na lekarstwo i w dodatku sprawiają wrażenie zimno wykalkulowanej, dopracowanej co do minuty dialogowej maszynki, która ma zmiękczyć widza. Najbardziej mnie to raziło w krótkich wymianach zdań między Strangem a Iron Manem, w której obaj panowie stają na rzęsach by pokazać, który z nich jest bardziej ironiczny, zabawny i zgryźliwy. Razi to wręcz sztucznością (to mruganie Cumberbatcha) i ani trochę nie przypomina niezapomnianej chemii między Sherlockiem a Watsonem :( Oczywiście rozumiem, że gdy w grę wchodzą takie miliony jak tu, nic nie można zostawić przypadkowi, ale skutkiem ubocznym jest właśnie to poczucie sztuczności tej dobrze nakręconej filmowej zabawki oraz rażąca suchość żartów.

Jako kobieta płci przeciwnej muszę też koniecznie wyrazić swoje oburzenie tym, że superbohaterki stają w szranki tylko między sobą. Nie ma co, mutant nie mutant, bóg, owad czy przerośnięty wielbiciel biżuterii, ale na kobietę ręki nie podniesie.

Mimo tych wszystkich uwag jest ogólnie na plus. Oczywiście czeka nas kolejna część tej historii, co jasno wynika ze sceny po napisach. Powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać, że nie ma praktycznie kwartału bez pojawienia się kolejnego superbohaterskiego filmu. Nie zżymam się już nawet tak bardzo na to, że komiksowa seria „plugawi” (znaczy się zmusza do ganiania w lateksowych rajtkach i wykonywania dziwnych gestów) wybitnych, cenionych, ambitnych aktorów. Przebolałam występ Cumberbatcha i Tildy Swinton w Doktorze Strange’u i tylko jeszcze Toma Hardy’ego i Michelle Williams żal, ale zapewne kasa jest taka, której się zwyczajnie nie odmawia.

3 thoughts on “Avengers: Wojna bez granic

  • Maj 6, 2018 at 11:55 pm
    Permalink

    Niestety, odbieramy ten marvelowski świat onaczej niż Amerykanie… Byliśmy przez kilka pokoleń odcięci od komiksów, nie rozumiemy tej konwencji, nie bawi nas czarno-biała kreska którą narysowano bohaterów, przygody, dialogi. Oglądamy to jak…. buszmeni Pulp Fiction.
    No cóż. Syndrom prowincji.
    Ale czy to źle?

    Reply
  • Maj 17, 2018 at 11:32 am
    Permalink

    Ja dzięki Universum Marvela i Avengersom mam bardzo dobry kontakt z moim 12.letnim synem. Radość i zabawa, którą czerpiemy z bezkresnej iluzji wszechświata zdominowanego przez Superbohaterów, jest bezcenna a wrażenie po seansach i dyskusje, nie mają końca. W epoce ubezwłasnowolnienia generacji „facebookowców” i gracy platformowych, chwile oderwania mojego syna od laptopa lub telefonu komórkowego są zbawcze. Jako, że obaj jesteśmy fanami kina,wszelkiego rodzaju seriali, to ufam,że za kilka lat, syn dorośnie do ambitniejszych pozycji i wyrobi sobie szersze horyzonty. Może to nie całkiem na temat, ale Zawsze… pozdrawiam i gratuluję, jak zwykle trafnej recenzji : )

    Reply
  • Maj 17, 2018 at 2:07 pm
    Permalink

    Fantastyczny komentarz! Takie rzeczy przecież też się liczą. Jedni chodzą do kina dla artystycznej wartości filmów, a inni dla wiezi z synem czy córką. Ja sama pewno też bym się nie wybrała, gdyby nie mój siedemnaście lat młodszy brat, z którym mam dzięki Marvelowi wiele ciekawych tematów do omówienia. Brat jest fanem Spidermana od najmłodszych lat i od pierwszych komiksów jakie mu kupiłam, od pluszowego człowieka-pająka, nasza relacja zaczęła się rozwijać w ciekawy sposób. Do dziś w naszych rozmowch interesuje mnie bardzo nie to, co zobaczyliśmy na ekranie, ale to w jaki sposób dużo młodszy człowiek to wszystko sobie interpretuje.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *