Wolny strzelec

Ten tydzień pełen jest dla mnie filmowych objawień, a Wolny strzelec jest jak na razie największym z nich. Jaka to radość dla kinomana usiąść w fotelu nie spodziewając się niczego specjalnego, licząc się z tym, że czeka nas coś przeciętnego i nudnego, a potem po długim seansie być już zupełnie innym człowiekiem. Zupełnie nie ciekawią mnie filmowe diagnozy współczesności, nie lubię Jake’a Gyllenhaala i nie kojarzę reżysera tego dzieła, a jednak muszę przyznać, że od wczoraj Lou Bloom jest moim nowym idolem i życiowym wzorem. Amerykański psychol pokazał swoje nowe oblicze!

Bohater na miarę czasów

Lou Bloom (Gyllenhaal) jest bezrobotnym młodym mężczyzną, który, by jakoś utrzymać się na powierzchni, nie cofa się nawet przed kradzieżą. Nie znamy jego historii, ale wszystko co musimy o nim wiedzieć, streszcza on sam w kilku słowach kierowanych do kolejnego z licznych potencjalnych pracodawców, którzy jednak nie chcą mieć z nim do czynienia. Mówi, że jest jak całe jego pokolenie, które zmuszono do brutalnej walki o byt na rynku pracy i które nie może liczyć na dobrobyt i przywileje, jakimi cieszyli się jeszcze jego rodzice. Prawdopodobnie z powodów finansowych Lou nie otrzymał formalnego wykształcenia, nie ma także żadnych znajomości w Los Angeles, w którym rozgrywa się akcja filmu. Nic to jednak, ponieważ nasz bohater dysponuje kilkoma atutami, których nie mogłyby dać mu żadne studia. Jest przede wszystkim dobrze zmotywowany (wręcz zdesperowany) do tego by odnieść w życiu sukces finansowy. Do tego jest inteligentny, potrafi ciężko pracować, planuje swoje posunięcia zawodowe niczym mistrz szachowy poruszający pionkami n szachownicy, a jakby tego było mało, nie ma absolutnie żadnych skrupułów moralnych. Co można zrobić z takim asortymentem i dostępem do Internetu? Cóż, o tym właśnie jest ten film.

Jake Gyllenhaal

Lou przypadkiem trafia na miejsce wypadku, gdzie zauważa ekipę filmująca wraki samochodów i poranionych ludzi. Od tego momentu jest już tylko kilka kroków do tego, by sam zaczął polować na najbardziej krwawe (medialne) nocne nieszczęścia, które będzie nagrywać z prawdziwym artyzmem i z wielką wprawą sprzedawać małej stacji telewizyjnej.

Szaloną ambicję Lou podsyca szefowa stacji Nina (Rene Russo), która daje mu kilka porad na wstępie i kilkaset dolarów za film. Nie wiedziała niestety, że takiemu spryciarzowi wiele nie potrzeba by poszedł na całość. Nim się obejrzymy, Lou będzie nie tylko filmował miejsca wypadków czy strzelanin, ale też zacznie je subtelnie kadrować i eksponować ciała dla lepszego efektu. Cóż, jak już coś robić, to dobrze.

Ideał marketingowca

Choć bez wykształcenia, umiejętności i znajomości, pan Bloom ma cechę, którą ceni się współcześnie chyba najbardziej – potrafi się sprzedać. Bardzo podobał mi się jego monolog (będący prawdziwą emanacją woli mocy) o tym, że jeśli ktoś chce się czegoś nauczyć to praca nie jest mu do tego potrzebna. Chłopak wyrobił w sobie pracowitość, pomocną w wytrwałym przeczesywaniu Internetu i chłonięciu faktów niczym gąbka. Może i spędził za dużo czasu przed ekranem, co ewidentnie pozbawiło go zdolności odczuwania empatii czy miłości, ale za to nic już mu nie przeszkadza w rozwoju zawodowym, czyli w byciu personifikacja medialnej hieny (polscy paparazzi mogą się schować). Normalnym widzom może to przeszkadzać, ale ja jestem zachwycona tym, że Bloom jest totalnym socjopatą. Nawet Sherlock przy nim wypada całkiem poczciwie. Dzięki temu, że facet ma zamiast serca bryłę lodu, a zamiast mózgu kalkulator, nie musimy się denerwować co chwila na przykład tym, że jego skrupuły zepsują całą misterną intrygę. Osobiście nienawidzę, gdy czarne charaktery zaczynają mieć wyrzuty sumienia.

Wolny strzelec

Bliski związek z mediami trwający zapewne wiele lat, albo i (jak w przypadku współczesnych trzydziestolatków) całe życie, owocuje też tym, że Lou doskonale wie, co jest najwyżej premiowane w stosunkach/układach/interesach międzyludzkich. Całkowite opanowanie, niezachwiana pewność siebie, tupet i bombardowanie rozmówcy twardymi danymi to współczesna recepta na sukces i to nie tylko w mediach. Podejrzewam, że Lou wybiłby się w każdej dziedzinie, która przyciągnęła by jego uwagę (no może tylko pielęgniarką lub przedszkolanką byłby słabą, ale za to jakim ojcem czy politykiem).

Sęp medialny

Wolny strzelec to obraz tego, co współczesne media robią z ludzkim mózgiem. Nie dość, że ci bohaterowie są dotknięci totalną znieczulicą, to w dodatku dumnie się do tego przyznają i jeszcze zarabiają na swej ułomności kupę kasy. Nikt tu się nie boi ludzkiego osądu, nie ma względów przyzwoitości. Świetna jest szczególnie scena, w której dowiadujemy się, które granice są ważniejsze, prawne czy etyczne. Ktoś ma jakieś wątpliwości?

Oglądając, postarajcie się nie tylko śledzić Lou, ale zwróćcie też uwagę na Ninę. Skoro on jest popapranym socjopatą, to kim jest ona? Przecież oczka świeca jej się i niemal z orbit wyłażą gdy tylko widzi ludzką krew. Rene Russo w tym wydaniu jest jak głodny kanibal ścigający ofiarę. Fascynujące! W porównaniu z ukazanymi tu amerykańskimi mediami, nasze faktoidy są potulnymi i taktownymi misiami.

Rene Russo jako Nina Romina
Rene Russo jako Nina Romina

Rozbiegane oczka psychopaty

Aż do teraz nie rozumiałam dlaczego Gyllenhaal jest uważany za dobrego aktora. Przez niesymetryczną twarz, rozbiegane oczka i delikatność gestów, wydawał mi się mało autentyczny w rolach twardzieli i przystojniaków. Jednak Wolny strzelec to dla niego prawdziwa życiowa okazja. Nie wiem jak inni, ale ja mu uwierzyłam, a nawet się bałam. Aktor stworzył postać takiego cichego, ugrzecznionego, cwanego, śliskiego dupka, co to dusi wszystko w środku, ale wiemy, że ten obłęd, który czasem błyska w jego szczenięcych oczkach, musi znaleźć ujście, a wtedy ratuj się kto może.

Wychudzony chłopak ze śmieszną kiteczką może się stać dla widzów tak samą wielką ikoną jak sam Joker (oczywiście w wykonaniu Heatha Ledgera i nie pisze tego tylko dlatego, że panowie zagrali kochanków). Lou Bloom będzie uwielbiany i do Oscara nominowany, ponieważ widzowie chcą doznawać oczyszczenia poprzez identyfikowanie się z coraz mroczniejszymi postaciami. W wielu scenach dostrzegam tu odbicie mnie samej i myślę, że nie jestem w tym odosobniona. Zastępom ludzi, którzy tak jak Bloom w życiu nie wyszło, co złamało ich charakter, którzy też nie lubią innych ludzi, a w zaciszu domowym towarzyszy im wierny przyjaciel telewizor, ten dziwny facet jest w stanie zastąpić dotychczasowych filmowych herosów.

A tak w ogóle, to poza krwawą bezwzględnością, większość cech Blooma jest godna naśladowania. Czy jest coś złego w ambicji, pracowitości, bezwzględnej konsekwencji czy zaradności? A to jak ten facet się licytuje (nawet w przyjaźni i miłości) to prawdziwe mistrzostwo świata. Zapewniam, że po tym filmie wszyscy będziecie chcieli zapisać się do szkoły marketingu Lou Blooma.

Jedna myśl na temat “Wolny strzelec

  • Styczeń 5, 2015 o 9:21 pm
    Permalink

    Świetna recenzja genialnego filmu nic dodać nic ując po wczorajszym seansie Lou Bloom stał sie moim idolem( chociaż w moim wieku idoli się już mieć nie powinno) i wzorem do naśladowania . Aczkolwiek nie dosłowie. To Patrick Beatman naszych czasów, sociopata, Tylko w odużnieniu do Patricka nie jest milionerem z urodzenia jest nikim a chce być kims a przedewszystkim zarabiać. Nie ma nic do stracenia ani jakiejkolwiek moralności, a ten kto nie ma nic do stracenia zawsze wygrywa.

    śŚ

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *