Na skraju jutra (Edge of Tomorrow)

Chciałam sobie umilić weekend jakimś porządnym kinem sensacyjnym, ale to się niestety nie udało. Oglądanie Na skraju jutra to średnia przyjemność, porównywalna z wyrywaniem sobie włosów z kolan za pomocą zardzewiałej pincety. Mam ostatnio zasadę, że jak już zaczynam oglądać to muszę skończyć, tyle że tym razem dotrwanie do końca wiązało się z nie lada samozaparciem. Co mi po tym, że Tom Cruise nadal prezentuje się świetnie w mundurze, albo że na efekty specjalne wydano pewnie roczny budżet małego europejskiego państwa, skoro akcja jest poszarpana i nielogiczna, postaci nie wykazują się żadną głębszą psychologią, a całość bardziej niż sci-fi przypomina nieudane love story.

Dzień jak co dzień

Główny bohater Na skraju jutra major Bill Cage (Tomek Cruise), pełniący do tej pory rolę agenta prasowego armii walczącej z najazdem kosmitów, zostaje dziwnym zrządzeniem losu skierowany w sam środek zażartej walki. Wydelikacony elegant, mdlejący na widok kropli krwi, ginie w potyczce, ale zanim zejdzie, udaje mu się zastrzelić wyjątkowego stwora. Krew kosmicznej ośmiornicy sprawia, że Cage budzi się następnego dnia, tyle że ten dzień jest tak naprawdę poprzedni. Odtąd jest zmuszony ciągle umierać i powracać do tego samego poranka. Zapętlił się chłopak na amen.

Tom Cruise

Wybawieniem z tej sytuacji okazuje się dzielna wojowniczka Rita Vrataski (Emily Blunt), która niegdyś miała tę samą przypadłość. Okazuje się, że ciągły powrót do przeszłości może być szansą dla ludzkości na pokonanie przeważających sił wroga. Piękna i muskularna Rita, zaopatrzona w odwagę, determinację i cudaczny egzoszkielet, jest w stanie nauczyć Cage’a walki z mimikami-kosmitami. W sumie całość sprowadza się do tego co zawsze, czyli ,,uratować ludzkość, stać się mężczyzną, zdobyć dziewczynę”. Drobnostka.

Pokręcony świstak

Można się w tym filmie dopatrzeć ambicji bycia jak Memento czy Efekt motyla. Jak dla mnie to zwyczajny Dzień świstaka, tyle że pełen jeszcze większych absurdów i niedociągnięć niż pierwowzór. Przeżywanie tego samego dnia to bardzo nośny temat, ale podczas oglądania miałam wrażenie, że sami twórcy zmęczyli się nim już po 15 minutach filmu. Lądowanie głównego bohatera we Francji, przywitanie z nowymi kolegami, wiele prób ucieczki-to zasługiwało na pokazanie, ale żeby trochę przybliżyć nam dwójkę walczących herosów, to już na to szkoda czasu. O Cage’u nie wiemy prawie nic, a Rita to już zupełnie dziewczyna bez właściwości. Najbardziej frustrujące było to, że zamiast pokazać nam kluczowe momenty między nimi, wszystko załatwia się stwierdzeniem, że to już omawialiśmy dziesiątki razy. No fajnie, że już rozmawiali, ale ja tego nie zobaczyłam.

Nie podoba się? 200 pompek.
Nie podoba się? 200 pompek.

Ktoś tu też chyba zapomniał o tym, że Rita nie może tak jak jej kolega z każdym zgonem cofać się w czasie i jeszcze to pamiętać. Dlatego dziwi mnie, że jednak zmienia się podczas trwania akcji, a powinna pozostawać taka sama jak na początku. Nic się nie dziwi, nic nie kwestionuje, a przecież Cage ma na wyjaśnienia tylko kilka chwil. Sam jego trening to także jakieś nieporozumienie, podobnie jak wizyta u szalonego naukowca i w centrum dowodzenia. Rozumiem, że potrafi cofać się w czasie, ale nikt nie wspominał o tego czasu rozciąganiu.

Bohaterowie są nieciekawi, Emily Blunt źle obsadzona i nawet kosmici jacyś nieciekawi. Obejrzenie Na skraju jutra to dwie stracone godziny, których niestety już nigdy nie odzyskam, gdyż w przeciwieństwie do Tomka Cruise’a mam raczej nikłe szanse na to, że ufoludek będący połączeniem ośmiornicy z sokowirówką obrzyga mnie swoją krwią (no chyba, że któryś z kotów mi się znowu pochoruje).

One thought on “Na skraju jutra (Edge of Tomorrow)

  • Październik 6, 2014 at 8:59 am
    Permalink

    Niestety nie godzę się z taką recenzją. Całe szczęście że autor tego tekstu nie był reżyserem tego filmu, bo właśnie zepsuł by go, poprzez upodobnienie go do setek filmów w których ambicja dostarczania emocji w każdym aspekcie przerosłaby oglądalność dzieła. Zawsze główna idea jest najważniejsza, i cały pic polega na tym żeby jej nie rozmydlić przez dodatki i wątki których zabrakło autorowi recenzji (tym razem… pewnie jakby były, znalazł by inne których zabrakło) . Głównym pomysłem jest „resetowanie czasu”, poprzez śmierć, i zaczynanie wszystkiego od nowa od tej samej chwili – dokładnie jak w grach komputerowych. No może nie wszystkiego, bo z każdym następnym razem pozostaje pamięć (gracza), a co za tym idzie wrasta jego doświadczenie. W filmie, na szczęście nie musimy oglądać wszystkiego od początku do momentu „kolejnej zmiany na lepsze”, tylko reżyser umiejętnie (to słowo jest kluczowe dla tego dzieła) skraca nie potrzebne sceny po to aby akcja cały czas się posuwała do przodu (zapewniam że nie ma tam nawet jednej sekundy zmarnowanej) a dodając kluczowe zmiany. A to że recenzent zauważa pewne braki w kolejnych „odsłonach rozgrywki” świadczy o bardzo pobieżnym oglądaniu tego filmu, przecież z każdym kolejnym odnowieniem bohater potrzebuje mniej czasu na ustawienie właściwego kierunku akcji, poprzez dokładne poznanie każdej postaci w poprzednich życiach, jego dialogi są coraz krótsze bo bardziej trafnie by w pewnym momencie je w ogóle pomijać w scenach (! nie w ciągłości czasu), traktując jak coś oczywistego i zbędnego dalej.
    Fakt, na początku filmu major Cage „dziwnym zrządzeniem losu” dostaje się na pierwszą linię, ale… dajmy spokój.. taką dokładną historyjkę jak do tego doszło mógłby każdy z nas wymyślić w 5 min, nie jest to trudne ale za to nudne (bo ile filmów się tak zaczyna), co byłoby niedopuszczalne zaraz na początku filmu.
    Ja na tym filmie nie nudziłem się nawet sekundy i dawno nie widziałem tak dobrze zrobionego sf.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *