Do utraty sił

Takie filmy jak ten przywracają nam wiarę w dobre kino. Niby nic specjalnego, dramat sportowy o bokserze, który z dna wspina się na szczyt, przy okazji rozwiązując swoje problemy rodzinne. Ale proszę państwa, jak to jest pokazane! Filmów o podobnej tematyce widziałam już kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, a mimo tego aż cała się trzęsłam od emocji. Do utraty sił ma klasę najlepszych filmów z tego gatunku i może być spokojnie porównywany z Rockym (choć ja osobiście bardziej lubię Million Dolar Baby i Warriora). Film naprawdę angażuje widza, momentami wzrusza, ale i denerwuje, a po jego obejrzeniu nie można się oprzeć wrażeniu, że uczestniczyliśmy w czymś niepokojąco wręcz prawdziwym. Widać doświadczenie reżysera Antoine’a Fuqua, który sam intensywnie trenuje boks, dodało zupełnie nową jakość do dobrze nam znanej opowieści o bohaterze, u którego siłę mięśni przewyższa tylko hart ducha.

Nadzieja wiecznie żywa

Billy Hope (Jake Gyllenhaal) jest bokserskim mistrzem świata, człowiekiem szalenie bogatym, a jednocześnie oddanym mężem i ojcem. Jego walki to spektakularne (i niezwykle realistycznie pokazane) widowiska, w których krew leje się strumieniami, a posągowo umięśnieni zawodnicy dają z siebie wszystko do ostatniej rundy. Od razu czujemy sympatię do tego trochę nierozgarniętego jegomościa, z którym urocza żona Maureen (Rachel McAdams) robi co chce. Nasza sympatia wzrasta jeszcze, gdy dowiadujemy się o tym, że Billy i Maureen wychowali się w sierocińcu, a ich olbrzymie bogactwo to jedynie wynik ciężkiej pracy i wzajemnego wspierania się w tym fantastycznym związku. Niestety, jak można się domyślać, sielanka nie trwa długo. Akcja rozkręca się na dobre gdy Maureen ginie, zrozpaczony Billy stacza się z powrotem na samo dno, tracąc przy okazji córkę i swoje miliony. Czy można mieć wątpliwości, że uda mu się wrócić na szczyt? Otóż można, zwłaszcza patrząc na to jak jego skatowane wieloletnimi walkami ciało wyraźnie przestaje normalnie funkcjonować, a stan jego obitego mózgu wymaga natychmiastowej i długotrwałej interwencji lekarza neurologa. Ale od czego mamy magię kina?Southpaw

Na surowo

Jak można na nowo pokazać coś, co już tak świetnie zagrali DeNiro czy Swang, że o Tomie Hardym nie wspomnę. No cóż, można zrobić z walki jeszcze bardziej prawdziwe, wręcz naturalistyczne widowisko i dodać do tego coś bardziej emocjonalnego niż braterska miłość czy śmierć pięknej bokserki. Jeśli chodzi o naturalizm, to widać, że ten film kręcili ludzie, którzy znają temat od środka. Walki, a już zwłaszcza starcie finałowe, pokazane są tak, że aż widza boli. Autentycznie niemal fizycznie przeżywa się tu każdy cios, który widz niemal czuje na swym korpusie, szczęce czy łukach brwiowych. Fantastyczne jest szczególnie to, że momentami, dzięki rewelacyjnej pracy kamery, możemy na wszystko spojrzeć oczami zawodników, choć przyznam, że nie jest to miłe czy estetyczne doznanie. Ten film powinno pokazywać się wszystkim młodym ludziom, rozważającym podobną karierę sportową. Z pewnością Do utraty sił jest w stanie wielu zniechęcić.

No a jeśli chodzi o pokłady emocjonalne, to cóż może być bardziej rozczulającego niż śmierć pięknej żony (o twarzy kochanej przez wszystkich McAdams) czy walka o opiekę nad przeuroczą córeczką. Grająca małą Lailę Oona Laurence to, obok Gyllenhaala, największe odkrycie tego filmu. Dziewczyna nie jest może rozczulająco słodka, ale za to ma inteligentną i ciekawą twarz, która bezbłędnie przykuwa uwagę. To będzie prawdziwa gwiazda.

Aktorskie wyżyny

Nie ma co ukrywać, że ten film należy do Jake’a Gyllenhaala. To jego popis i prawdopodobnie przepustka do kolejnej oskarowej nominacji. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem tego co tutaj pokazał. Nie obchodzi mnie za bardzo jego fizyczna transformacja, po już nieraz pokazał, że jest zdolny do dowolnej metamorfozy, ale bardziej charyzma i talent mimiczny, których na próżno szukać u innych aktorów jego pokolenia (może z wyjątkiem chwilowo ośmieszonego Goslinga). Ten rasowy artysta, którego przecież przed chwilą widzieliśmy w roli diabelnie inteligentnego socjopaty, kreuje tu postać naiwnego i niezaradnego prostaczka o wielkim sercu, a do tego funduje nam nieoczywistą i bardzo wiarygodną przemianę w finale. Miny i gesty, pokazujące co liczne walki zrobiły z fizis Billy’ego, to prawdziwe mistrzostwo świata.

W obronie męskości

Jest jeszcze jeden aspekt tego widowiska, o którym chciałabym wspomnieć, związany z bardziej fizyczną stroną tego co przyszło nam obejrzeć. Otóż zdarzyło mi się w te wakacje podjąć próbę obejrzenia Magic Mike’a XXL, przy której poległam. Po dwudziestu minutach musiałam przerwać seans, zażenowana głupotą i kiczem tej fabuły, fatalnym aktorstwem i suchymi, szczątkowymi dialogami. Jak dla mnie, ten film powinien się nazywać Martwica Mózgu, a nie Magiczny Majk. Ta niby wizualna uczta dla żądnych widoku męskich mięśni i sztucznej opalenizny kobiet, traci jeszcze bardziej przez porównanie z Southpaw, choć mam oczywiście świadomość, że są to w zamierzeniu filmy zupełnie innej klasy. W Do utraty sił spektakularna, ale też bez przesady, muskulatura autentycznie czemuś służy, nie jest celem samym w sobie, a jedynie środkiem do celu. Billy Hope to zwyczajnie prawdziwy facet, ani minuta jego występu nie jest żenująca, a i tak zapewne niejednej widzce przyszło się pozachwycać nie tylko jego ciałem, ale i duchem. Metro-, drwalo- i tarzanoseksualni striptizerzy nie mają przy nim żadnych szans.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *