Wilk z Wall Street

Nie będę błyszczeć intelektem i porównywać tego filmu do poprzednich dzieł Scorsese. Nie bardzo interesuje mnie podobieństwo do Chłopców z ferajny oraz fakt iż Leo DiCaprio został nową muzą znanego reżysera. Napiszę wam po prostu dlaczego Wilk z Wall Street tak strasznie, wręcz niemożebnie mnie umęczył. Zapewniam, że przebrnięcie przez trzy godziny seansu było dla mnie bardzo trudne, ponieważ tu się zwyczajnie nic nie dzieje, nie tak naprawdę. Rozlazła fabuła, bez jakiejś wyraźnej, scalającej wszystko osi, bez przełomowych momentów czy przemiany bohatera, to coś wręcz okrutnego w stosunku do widzów, którzy muszą to cudo w stylu Kac Vegas aż tak długo oglądać. Podejrzewam również, że to właśnie głównie ze względu na duże podobieństwo do kultowej w niektórych kręgach kolesiowej komedii, Wilk cieszy się w kinach aż tak dużą frekwencją.

Otrzymujemy oto opartą na faktach opowieść o niejakim Jordanie Belforcie (Leonardo DiCaprio), początkującym maklerze giełdowym, który pechowo trafia na załamanie się giełdy amerykańskiej pod koniec lat 80-tych. Belfort, utraciwszy pracę, szybko wymyśla inny sposób na zdobycie pieniędzy. Wybawieniem okazuje się giełda groszowa, na której zbija olbrzymi majątek dzięki swoim niezwykłym umiejętnością. Jego tajną bronią nie jest wcale wybitna inteligencja czy też duża wiedza z zakresu bankowości, ale bezczelność i dwulicowość pozwalające mu na sprzedanie każdego towaru praktycznie każdemu klientowi i to przez telefon. To zaledwie początek, który zapowiadał się całkiem nieźle, ale cała reszta to tylko parada pijaków i narkomanów, wykazujących się coraz większym prostactwem, ale i pomysłowością na bezsensowne przepuszczanie olbrzymich pieniędzy jakie zbili na nieszczęściu cynicznie oszukanych obywateli USA. Podejrzewam, że taki przesyt w ukazywaniu wulgarnego konsumpcjonizmu miął wywołać w widzach surową pogardę dla postaci oszusta i jego wspólników, ale efekt jest odwrotny. Wychodzi na to, że podziwiamy bezczelnego Belforta, który zawsze spada na cztery łapy, pomimo iż jego wyczyny mogą w nas wzbudzać odruch wymiotny.

Formalnie wszystko byłoby w porządku, ale gdzie się podziało jakieś tło tych wydarzeń, gdzie są wątki poboczne? Bez nich ma się wrażenie, że Belfort przebywa w swoim prywatnym akwarium dla milionerów, a reszta świata nie ma do niego dostępu. Duszno w tych willach i klaustrofobicznie w biurach. Trochę tego za dużo jak na trzy godziny. W dodatku całość sklejona jest tak, że co najmniej trzy razy miałam wrażenie, że film już się kończy, a to była raptem połowa czy jedna trzecia. Ktoś nie przemyślał kompozycji i rozłożenia akcentów.

Poza odrealnioną atmosferą i brakiem łączności głównego bohatera ze światem zwykłych ludzi, przeszkadza mi tu sam DiCaprio. Każda scena jest jego szaleńczym aktorskim popisem i naprawdę można się nim już zmęczyć. Ileż można patrzeć jak aktor masuje się własną wspaniałością, ostentacyjnie napawa się własną charyzmą, plastycznością swojej wciąż dziecięcej twarzy i zapewne też wizją nadciągającego Oscara? Przez to, że Leo wygląda ciągle jak dziecko, nie mogłam poważnie traktować tej postaci. Gdyby wcielał się w nią ktoś kto wygląda jak dorosły mężczyzna, Belfort nabrałby bardziej tragicznego rysu. A tak miałam wrażenie, że patrzę na gówniarskie wygłupy niepokornego brzdąca, któremu wszystko uchodzi na sucho.

One thought on “Wilk z Wall Street

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *