Sierpień w hrabstwie Osage

Zapowiadało się na tradycyjne, rodzinne pitu pitu w amerykańskim stylu. Że niby zjadą się do rodzinnego gniazda wszyscy dawno nie widziani krewni, których zjednoczy tragedia rodzinna. Spodziewałam się sporej porcji żalów i złośliwości oraz ckliwego zakończenia, ukazującego, że i tak więzi rodzinne są najsilniejsze i jak ludzie się kochają to wszystko sobie wybaczą. Nic z tych rzeczy, moi drodzy. Co prawda jest rodzinna tragedia, bo senior rodu, czyli tatuś alkoholik popełnia samobójstwo, a jego hiper złośliwa żona ma raka jamy ustnej i poważny problem z prochami, ale to jak rozkładają się akcenty w rodzinie po pogrzebie jest naprawdę totalnym zaskoczeniem. Nie ma tu typowych złośliwostek i rodzinnego wbijania szpil (w czym zazwyczaj specjalizują się wredne matki, nie tylko w Polsce). Nikt tu się nie bawi w takie subtelności. Zamiast szpilek złośliwości są kule armatnie nienawiści. Akcja jest pełnokrwista, realistyczna i żywiołowa. Bohaterowie kąsają się do krwi, wywlekając liczne krzywdy, a zapewniam, że praktycznie każdy ma tu o co mieć do Boga i rodziny pretensje.

Szaleństwo rozkręca się w tym filmie trochę jak w Jądrze ciemności, tzn. napięcie intensywnie podgrzewane przez słońce Oklahomy wydobywa z ludzi to co najgorsze. Po tajemniczym zniknięciu i samobójstwie ojca, córki nawiedzają rodzinny dom i szybko okazuje się, że każda z nich ma nieudane, a właściwie złamane życie i od razu nasuwa się przypuszczenie (całkiem słuszne), że to złośliwa matka (Meryl Streep) zwichnęła ich charakter. By było jeszcze ciekawiej mamuśka ma także równie udaną (cierpką jak cytryna) siostrę, a w opowieściach pojawia się także ich rodzicielka, która była zdaje się prawdziwym demonicznym wcieleniem zła, zamieszkującym amerykańskie równiny, które wraz z genami, kształtują twardy charakter jednostek walczących tu o przetrwanie. Najbardziej podobała mi się córczano-matczyna interakcja pomiędzy Meryl Streep a Julią Roberts. Te panie się nie patyczkują i nie wahają się nawet użyć przemocy fizycznej. Zapewniam wszystkich, że warto iść do kina choćby po to, by zobaczyć tę wiekopomną chwilę, która z pewnością przejdzie do historii kinematografii. Nie muszę chyba nikomu mówić, że wielka Meryl Streep dała kolejny popis aktorskiego mistrzostwa. To niesamowite, co ta kobieta potrafić zdziałać. Po raz kolejny udowadnia, że talent i aktorska charyzma nie mają nic wspólnego z fizyczną urodą czy wiekiem. Fantastyczna jest i tyle.

Prócz wspaniałych postaci kobiecych (jedna z nich pewnością zgarnie Oscara) jest także rozbrajająca kreacja męska. Benedict Cumberbatch (nasz wspaniały Sherlock, oby żył sto lat, hurra!) gra w Sierpniu w hrabstwie Osage Małego Charlesa, lekko przygłupiego kuzyna głównych bohaterek. To niesamowita frajda oglądać Cumberbatcha jak odstawia dokładne przeciwieństwo swojej najbardziej znanej kreacji aktorskiej. Jego postać to zagubiony, wycofany, wrażliwy człowiek, który zakochał się całym sercem jak mały chłopiec. Jest wręcz rozbrajający, zwłaszcza gdy śpiewa. Każda fanka Sherlocka musi to zobaczyć.

W tym filmie w każdym aż się gotuje od emocji, nie mających nic wspólnego z rodzinnym ciepełkiem. Chyba po raz pierwszy miałam wrażenie, że ktoś wreszcie dobrze uchwycił wściekłość i frustrację, jaki często towarzyszą takim rodzinnym okazjom jak śluby, pogrzeby czy święta. Podoba mi się zwłaszcza to, że dla nikogo nie ma taryfy ulgowej. Stara, chora, nieszczęśliwa, czy z rakiem-nie ma zmiłuj i tak oberwiesz prawdą w samo serce od swoich ukochanych najbliższych. Sierpień w hrabstwie Osage powinien być obowiązkowym seansem również dla tych wszystkich mondralińskich, którzy twierdzą, że warto mieć dzieci, by na starość ktoś nam podał szklankę wody. Jestem pewna, ze po filmie zmienią zdanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *