Wielki Liberace (Behind the Candelabra)

Zawsze byłam ciekawa kim był ten Wielki Liberace i teraz wreszcie miałam okazję się przekonać. W wielu amerykańskich filmach, gdy bohaterowie krytykują czyjś zły gust, związany najczęściej z tendencją do kiczu, powołują się na tego artystę scenicznego. ,,W stylu Liberace” to zapewne dla nich to co dla nas ,,na bogato” ale w takim bizantyjskim stylu i 300% bardziej. Podczas oglądania najnowszego filmu Stevena Soderbergha można doznać prawdziwego szoku estetycznego. Widok ogromnego przepychu, ton złota, cekinów, kryształów i puchu wypala się wręcz na siatkówce oka i naprawdę trudno jest się go potem pozbyć. Historia miłosna, czy wątki obyczajowo-gejowskie, schodzą gdzieś na dalszy plan. Zostaje tylko wspomnienie faceta z ponaciąganą twarzą, peruką na Elvisa, w wielkim futrze i ze złotymi łańcuchami na szyi. Coś mam wrażenie, że nie do końca o to chodziło.

Fabuła Behind the Candelabra opiera się na historii związku Liberace (Michael Douglas) ze Scottem Thorsonem (Matt Damon). Niby jest tak samo jak w przypadku każdej innej pary homo czy heteroseksualnej. Dwie osoby się poznają, wszystko jest cudownie, ich życie erotyczne kwitnie. Po kilku latach przychodzi znużenie, ucieczka w różne uzależnienia i wreszcie mamy dramatyczne rozstanie. Mogłaby to być równie dobrze historia rozwodu dowolnego małżeństwa, gdyby nie fakt, że jedna strona tego związku jest seksualnym drapieżnikiem na skalę jakiej dawno nie pokazywało amerykańskie kino. Obrzydliwie (bo nie da się tego inaczej określić) bogaty Lee jest dużo starszy od swojego partnera, który jest od niego uzależniony zarówno materialnie, jak i emocjonalnie. A kochany Liberace już wie jak to wykorzystać. Bawi się swoją zabaweczką (kupuje Scottowi ubranka i błyskotki, każe mu robić operacje plastyczne) by wreszcie się go pozbyć i przejść do kolejnej rozrywki.

Przyznam, że do tej pory uważałam się za osobę tolerancyjną, ale tutaj moja wytrzymałość została wystawiona na prawdziwą próbę, której chyba nie przeszłam. Gejowski seks na ekranie jest jeszcze ok, ale jeżeli jeden z panów jest w tak podeszłym wieku jak Liberace, to coś mi pęka w środku. Nie jestem pewna czy to reakcja na homoerotyzm, czy na widok starego nagiego ciała. Nie mogłam też przyswoić na spokojnie tych wszystkich podkreślających orientację seksualną atrybutów. Od ilości nagich torsów, męskiej biżuterii, kolorowych fatałaszków i ,,gustownych” mebli aż kręci się w głowie. Jeżeli reżyser chciał poprzez opowiedzenie historii wielkiego artysty pokazać, że gej też spoko człowiek, to mu się to nie udało. Pokazał za to wszystkie gejowskie stereotypy. Po obejrzeniu tego filmu jeszcze więcej osób będzie myślało, że geje to takie tęczowe potworki, które ,,uprawiają zboczony seks, są uzależnione do pornografii, ćpają, nie potrafią być wierne i zarażają kogo popadnie AIDS”. Gdyby nie ta cała niestrawna oprawa, to może nawet i bym się wzruszyła tym jak jednak pięknie się kochali, ale niestety nie dano mi na to szans.

Ten film jest często oceniany pod kątem rewelacyjnej gry aktorskiej. Damon i Douglas rzeczywiście osiągnęli aktorskie wyżyny, o ile oczywiście chodziło im o stworzenie repulsywnych, koszmarnych postaci. Przez ten makijaż i dziwne stroje, przez cały film myślałam, że powinni zrobić z tego raczej horror. Bardziej niż Damona (sympatycznego, ale słabego aktora) winię oczywiście Douglasa, który śni mi się po nocach i nie są to miłe sny. Bardziej od niego nie lubię chyba tylko Bradleya Coopera. Te jego okrągłe, świdrujące oczka! Ten pupkowaty podbródek! No coś strasznego! Z makijażem i fryzurą na Elvisa jest jeszcze gorzej niż normalnie.

No, ale może właśnie o to chodziło, by pokazać potwora. Chodzący w złotych laczkach na obcasie i peniuarku Douglas to naprawdę potworna rzecz.

I nie obchodzi mnie, że facet miał polskie korzenie i jest ikoną muzyki. Ja jego fanką nie zostanę, a odważnym radzę lepiej by ograniczyli się jedynie do słuchania jego muzyki i darowali sobie oglądanie filmu.

Wypadałoby powiedzieć jeszcze coś o pozytywach. Cóż, jedną z zalet tego filmu jest to, że wiem już czym jest kandelabr. Drugą natomiast, że każdy, kto ma starszych, konserwatywnych rodziców i chce się trochę nad nimi psychicznie popastwić, wie już jaki film im polecić na święta (,,Tak mamo, to jest o wielkim pianiście, który pochodził z Polski” hi, hi).

3 thoughts on “Wielki Liberace (Behind the Candelabra)

  • Grudzień 2, 2013 at 2:46 pm
    Permalink

    Przed pójściem na film należałoby trochę poczytać, poszperać gdziekolwiek szczególnie w przypadku, który dotyczy bohaterów zyjacych, a nie wymyślonych.
    Ja wiedziałam na co idę i czego się spodziewać. Tak żyją niektóre gwiazdy i trzeba to zaakceptować. A ile „potworków” jest w urządzonych niektórych mieszkaniach???
    A Lady Ga? albo Elton , według mnie niczym się nie różnią od Liberace. Trochę tolerancji, trzeba zaakceptować, że prócz nas żyją inaczej żyjący ludzie.

    Reply
  • Grudzień 3, 2013 at 11:34 am
    Permalink

    A niech sobie żyją! To, że są nie oznacza, że muszą mi się koniecznie bardzo podobać. Liberace został królem kiczu właśnie dlatego, że to czym się otaczał i co na siebie wkładał, zostało powszechnie i obiektywnie uznane za estetycznie złe i nie ma to nic wspólnego z tym, czy jestem tolerancyjna wobec takiego zjawiska czy nie.
    A nad tym, że różni ludzie mają w swoich mieszkaniach ,,potworki” także ubolewam. Zły gust to wyjątkowo przykra przypadłość.

    Reply
    • Styczeń 6, 2014 at 4:15 pm
      Permalink

      Wszystko może by się nawet zgadzało, tylko ,ze… ( no właśnie).. Na początku filmu jest stosunko długa scena koncertu Liberace, ktróra działa tak sugestywnie dżwiekiem, obrazem , montażem, że nietrudno jest zrozumieć bezgraniczny zachwyt siedzacego na widowni Matta Damona. Taki sam zachwyt przeżywa także widz… jestem o tym przekonany… To, co recenzentka rozbiera na czynniki pierwsze – szukając zwyrodnienia, potworności, magakiczu i obrzydliwości … bez kontekstu geniuszu Liberace udowodnionego wręcz w tej scenie nie ma oczywiście żadnego sensu. Dopiero stara jak świat konfrontacja „rubasznego czerepu’ z niekwestionowaną wielkością w tym bizantyjskim wydaniu znowu daje do myślenia… Tym bardziej,ze Douglas zbliża się w sposób nieprawdopodobny do oryginału – warto zobaczyć nagrania z Liberacem – to co wydaje nam się przerysowane w filmie to mały pikuś w porównaniu z oryginałem. Droga recenzentko ! Im bardziej brzydzi Cie świat który rekonstruuje Douglas i twórcy filmu tym lepiej dla całej opowieści…

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *