Witaj w klubie (Dallas Buyers Club)

Tytułowy klub to sprytny sposób na obejście amerykańskich przepisów, które na sprzedaż pewnych (akurat bardzo skutecznie spowalniających wirus HIV) leków nie pozwalały. Można je było posiadać, ale tylko do własnych celów, toteż założyciel takiego klubu, główny bohater filmu Ron Woodroof, utrzymywał, że dzieli się lekami nieodpłatnie z członkami swojego zgromadzenia, którzy za owo członkostwo płacili 400$ miesięcznie. Prosta sprawa. Film wcale nie opowiada głównie o walce z AIDS czy też o nietolerancji do osób o odmiennej orientacji seksualnej, ale o absurdzie prawnym, głupocie organizacji i przepisów, przez które osoby walczące o życie nie mogły otrzymywać koniecznej pomocy. Witaj w klubie, jak wiele najlepszych filmów w historii amerykańskiego kina (choć sam się do nich nie zalicza), pokazuje triumf ducha jednostki nad bezdusznym światem oraz charyzmę i motywację jakie zyskujemy w chwili, gdy zdajemy sobie sprawę z własnej kruchości i śmiertelności.

Ron Woodroof (Matthew McConaughey) to dość nietypowy bohater filmowy, ponieważ od początku do końca uparcie pozostaje wstrętnym i antypatycznym sobą. Ten pracujący jako elektryk drobny oszust i wielbiciel rodeo, będący bardzo męskim choć szczuplutkim typem, odkrywa pewnego dnia, ze ma AIDS i został mu miesiąc życia. Nie chodzi o żadną uśpiona formę wirusa, ale o obrzydliwą, galopującą chorobę. Mamy utraty przytomności, skurcze, krwiaki, a nawet plucie krwią. Sprawa jest naprawdę tragiczna, zwłaszcza, że to rok 1985, kiedy to powszechnie uważano, że HIV zarażają się tylko narkomani i homoseksualiści. Dla takiego maczo jak Ron to koniec świata. Na szczęście typ jest hardym i bezczelnym kowbojem, który nigdy nie daje za wygraną. Nie chcą mu dać leku, to przekupuje i kradnie, by go zdobyć. Gdy lek okazuje się trucizną, to jedzie do Meksyku po lepszą kurację. Żywot skutecznie przedłużony, mimo licznych przeciwności ze strony amerykańskiej komisji ds. leków (FDA) oraz przedstawicieli władz, ale przydała by się jeszcze kasa, żeby w miarę dobrze i sensownie tę resztkę życia przeżyć. I tu pojawia się klub kupujących leki, który ze sposobu zarabiania, przeradza się w prawdziwą heroiczną misję. Ron staje się prawdziwym aniołem od farmaceutyków, które są tak skuteczne, że lokalna klinika traci pacjentów, ponieważ wszyscy zgłaszają się do niego. A to dopiero początek walki o godne chorowanie i życia przedłużanie.

Mimo bardzo ważnego tematu, nie jestem zupełnie przekonana do kreacji Matthew McConaughey’a, który jest tak oschły i mało wyrazisty, że naprawdę wcale mi go nie żal. W sumie zresztą czemu ma mi być żal aktora, który dokonał ,,wielkiego poświęcenia” i schudł bardzo do roli umierającego Woodroofa. Rysów twarzy mu to nie zmieniło, ani nie dodało talentu. Nie uważam także by drakońska dieta była dostatecznym powodem do tego by dać mu Oscara. W sumie dziewczyny na francuskich czy londyńskich modowych wybiegach ciągle dokonują tego wyczynu. Podczas oglądania filmu przyłapałam się nawet na niegodziwych myślach, że w sumie dobrze mu tak, bo całe życie pił, ćpał i spał z kim popadnie. Aż dziwne, że wcześniej nie umarł na raka czy marskość wątroby. Aktor nie potrafi oddać zmiennych nastrojów czy bardziej złożonych stanów emocjonalnych postaci i nie ma takiej ilość siniaków czy widocznych kości, które by to zmieniły. Za to Jared Leto, grający jego trans gender koleżankę Rayon, to już inna sprawa. Zapewniam, że naprawdę można poczuć strach, rozpacz, rozczulenie czy ból tej postaci. Niby patrzymy na człowieka, a ma się wrażenie, że to przestraszone ranne zwierzę, chowające się przed oprawcą, którym w tym wypadku jest AIDS.

Witaj w klubie, to film, który nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jak się spodziewałam, prawdopodobnie dlatego, że nakręcono go dokładnie pod Oscary, czyli dla kasy i próżności. Jakoś takie wykorzystanie dramatu chorych ludzi nie wydaje mi się właściwe czy godne. No i oczywiście ten obleśny główny bohater, drobny cwaniak, agresywny cham aż do końca. Takie postaci jak on mogą tylko nasilić społeczne stereotypy mówiące o tym, że chorują tylko te osoby, które same sobie na to zapracowały.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *