Terry Pratchett, Eryk (audiobook czytany przez Janusza Zadurę)

Nie ma dla mnie lepszej rozrywki niż czytanie przezabawnych książek Terry’ego Pratchetta. Od czasu gdy wpadła mi w ręce pierwsza (a był to Wiedźmikołaj) lektury te kojarzą mi się z błogą szczęśliwością. Nie inaczej jest podczas słuchania audiobooków o Świecie Dysku, a już Eryk to prawdziwe mistrzostwo. Zachwyciło mnie to nagranie i naprawdę żałowałam, że tak szybko się kończy. Jedno jest pewne, moi drodzy: Janusz Zadura ma najlepszą pracę na świecie.

Eryk to dość osobliwa postać, nawet jak na zupełnie zwariowany Świat Dysku. Jest to przedziwny odpowiednik Fausta (tego od Goethego, który paktował z diabłem w zamian za spełnione życzenia), tyle że nastoletni i z tego względu też mniej tragiczny. Chłopak ma 14 lat, problemy z trądzikiem, słabość do przebieranek oraz szalony wręcz talent do demonologii, z którym wszyscy mieszkańcy piekielnych zaświatów wiążą ogromne nadziej. Pierwszym wielkim wyczynem Eryka jest przywołanie postaci, która w zamyśle chłopca miała być wszechwładnym demonem, ale tak naprawdę to dobrze nam już znany Rincewind, czyli najgorszy mag ever. Gdy przywołany z niebytu czarodziej-nieudacznik zjawia się w chłopięcym pokoju i zaczyna, za namową pewnej (jak jej tam?) bezczelnej papugi spełniać życzenia chłopca, światu po raz kolejny grozi zagłada. No, ale my, stali słuchacze i czytelnicy wcale się o Świat Dysku nie boimy, bo wszak to co dla innych jest groźbą apokalipsy, dla niego jest zwyczajnym wtorkiem.

Z dziecięcą radością, niemal klaszcząc w ręce (a wiecie, że do najradośniejszych raczej nie należę), wsłuchiwałam się w znane już przecież przygody Eryka, Rincewinda no i oczywiście Bagażu. Ileż inteligencji i iskrzącego poczucia humory zużyto na opisanie konsekwencji trzech życzeń chłopca! Biedny Eryk chciał tylko tego co zazwyczaj w standardzie dostaje się bohaterom w podobnej sytuacji, czyli wiecznego życia, panowania nad światem i najpiękniejszej kobiety w dziejach. Któż mógł przypuszczać, że konsekwencje będą aż tak nieoczekiwane? To oczywiście pytanie retoryczne, bo czytelnicy Pratchetta nie spodziewają się niczego innego.

Jest tu wiele fantastycznych pomysłów, wiele zabawnie przekształconych wątków, które znamy z innych książek, filmów czy zwyczajnych dziedzin życia. W jednym niedługim utworze znalazło się miejsce dla obszernych odniesień do twórczości Homera, Goethego, czy do historycznego składania ofiar bogom. Za szczególnie udane uważam demonologiczne wątki związane z kulturą korporacyjną piekła. Uśmiałam się przy tym do łez. Nic jednak nie pobije opisu stworzenia świata, który, choć jest inspirowany tym biblijnym, ma z nim jednak zadziwiająco niewiele wspólnego.

Ten fragment, właśnie w wersji czytanej przez pana Zadurę, był dla mnie prawdziwym objawieniem. Odkryłam dzięki niemu zupełnie inny wymiar czytania audiobooków. Otóż okazuje się, że do wyrażania rzeczy niematerialnych, niemierzalnych i zwyczajnie nieistniejących, głos nadaje się znacznie lepiej niż druk. Gdy bowiem dochodzimy do opisu swobodnego dryfowania naszych bohaterów, które byłoby spadaniem, gdyby istniały już przestrzeń i czas, i trzymamy w ręku papierową książkę, to jednak obcujemy z czymś materialnym, przez co jesteśmy zacumowani w rzeczywistości, a przez to zupełnie odlegli od Rincewinda, Eryka i zawodowego stwórcy światów, który zaraz rozpocznie realizację zlecenia. Gdy jednak w tę samą sytuację wprowadzi nas zupełnie niezwykły męski głos, który dzięki swej ironicznej nutce sam brzmi jakby jego właściciel na stałe zamieszkiwał Ankh-Morpork, to już zupełnie inna kwestia. Wtedy słuchacz sam dryfuje i naprawdę wszystkimi zmysłami czuje jak metafizycznym cudem jest pojawienie się w totalnej pustce kanapki z jajkiem i kiełkami rzodkiewki. Taki humor, dystans i ironię to ja rozumiem.

Oczywiście nic nie może się równać przyjemności łączenia kropek i rozpoznawania skąd pochodzą inspiracje dla konkretnych wydarzeń czy postaci. Jak się spędza większość życia na czytaniu i oglądaniu filmów, to potem jest wielka frajda z rozpoznawania znanych już sobie sympatycznych dziwaków, takich jak Faust, w nowych szatach. Choćby dla pośmiania się z Eryka, mówiąc nie do końca poważnie, warto zapoznać się ze słynnym dziełem Johanna Wolfganga Goethego.

Przesłuchanie Eryka okazało się doskonałym pomysłem na letnią rozrywkę i prawdziwym antidotum na humor najniższych lotów, z jakim mamy do czynienia obecnie w kinach. Osobiście mam nadzieję, że jeszcze doczekam się przeczytania przez Janusza Zadurę wszystkich dzieł brytyjskiego prozaika. Takie mam małe marzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *