Godless

Każdy już się nachwalił, to i ja jeszcze coś dobrego o tym serialu napisze, bo to ważna rzecz. Sama zapowiedź mówiąca o tym, że to historia miasteczka,w którym są same kobiety, z powodzeniem radzące sobie w okrutnym świecie Dzikiego Zachodu, już brzmiała dla mnie niezwykle intrygująco. Czyżby jakaś feministyczna fantazja inspirowana Westworldem? Może trochę, ale jest nawet lepiej niż przypuszczałam. Pomimo kilku wad (największa to chyba ta, że momentami Godless dłuży się niesamowicie, no i można się pogubić przez dość swobodnie powtykane retrospekcje) to naprawdę dobre widowisko i gdybym była bardziej śmiała, powiedziałabym, że to taki klasyczny western na sterydach. Jest wszystko, czym zachwycali się nasi ojcowie patrząc w ekran na pierwsze opowieści o Dzikim Zachodzie: szeryf z problemami, dobrzy i źli Indianie, czarny charakter i jego banda z piekła rodem, samotny tajemniczy bohater, prostytutka o złotym sercu oraz piękne zwierzęta i fantastyczne okoliczności przyrody w tle. A najlepsze jest to, że przy tworzeniu tych postaci, twórcy poszli o krok dalej niż moglibyśmy się spodziewać.

Piękne mieszkanki La Belle

Miasteczko La Belle było niegdyś (a dokładnie dwa lata temu) tętniącą życiem górniczą osadą. Niestety, wypadek w kopalni, podczas którego niemal cała męska część populacji zginęła, bezpowrotnie zmienił życie tych, którzy przeżyli. Kilkadziesiąt uroczych na swój sposób niewiast, wraz z dziećmi, starcami i ślepnącym stróżem prawa, stara się odbudować jakoś ten świat, który utracili, ale nie idzie im zbyt dobrze. Główną przeszkodą na drodze do dobrobytu La Belle nie jest paradoksalnie słabość płci pięknej, bo dziewczyny radzą sobie nie gorzej niż niegdyś panowie z większością niezbędnych czynności, a chciwość i złe zamiary kompanii górniczej oraz nadciągający z nieuchronnością huraganu, diabelnie niebezpieczny Frank Griffin (Jeff Daniels), mający do wyrównania swoje własne porachunki z mieszkańcami miasteczka. Nim jednak dojdzie do ostatecznego starcia (bardzo widowiskowego; jest na co czekać), zdążymy ich wszystkich całkiem dobrze poznać.

Wśród mieszkańców La Belle wyróżnia się szeryf Bill McNue (Scott McNairy), walczący o zachowanie resztek męskiej godności, co jest trudne dla ślepnącego mężczyzny w świecie, gdzie o przeżyciu często decyduje celne oko strzelca. Podczas jego nieobecności (wybywa na tropienie Griffina) obowiązki stróża tej małej gromady z powodzeniem sprawuje jego siostra Mary Agnes (znakomita Merrit Wever, którą możemy pamiętać z Siostry Jackie), bezwstydnie nosząca spodnie po mężu i strzelająca tak, że najwięksi złoczyńcy muszą się dwa razy zastanowić, nim z nią zadrą. Jest też nieletni, ale uroczy i bardzo kompetentny, zastępca szeryfa zwany Whitney Winn (Thomas Brodie-Sangster, znany jako „ten chłopiec z To właśnie miłość”), także będący prawdziwym mistrzem strzeleckim i mający ogólnie dość ciekawy pogląd na świat. Oczywiście jest też cała gromada dzielnych i twardych jak stal wdów, a każda z nich na swój sposób ciekawa i niebezpieczna jednocześnie.

Nieco odrębny świat stanowi znajdujące się poza miastem gospodarstwo Alice Fletcher (Michelle Dockery), która jest uznawana za lokalną czarownicę. Wraz z indiańską teściową i nastoletnim synem, zmagają się z przeciwnościami losy życia ranczerów. Gdy pewnego wieczoru pani Fletcher znajduje w szopie i niemal śmiertelnie rani uciekającego przed Griffinem rewolwerowca, Ray’a Goode’a, życie wszystkich w okolicy staje się zagrożone.

Trzeci plan tej złożonej opowieści to wreszcie pocztówki z drogi samego Griffina, który podróżując po zapomnianych przez Boga mieścinach i gospodarstwach Dzikiego Zachodu, zmierza do La Belle. On i jego banda trzydziestu wyjętych spod prawa, to prawdziwi jeźdźcy apokalipsy, niosący śmierć i zniszczenie każdemu, kto na nich spojrzy. Zapewniam, że to jedni z najbarwniejszych i najbardziej antypatycznych czarnych charakterów, jakie mogliśmy oglądać na ekranie w ostatnim czasie.

Czy na pewno tak niezależne?

Z początku bardzo mi się podobały te wszystkie panie w spodniach czy w podkasanych spódnicach, które nie dość, że potrafią strzelać, kopać studnie i zajmować się zwierzętami, to nawet same budują nowy kościół. W sumie nie powinnam się temu dziwić, bo niby dlaczego nie miałyby tego robić, skoro panowie wcześniej mogli. Raczej niczym się te niewiasty z Dzikiego Zachodu nie różniły anatomicznie od współczesnych kobiet, które na każdym kroku udowadniają, że nie są słabszą płcią. Zastanawia mnie tylko udział szeryfa i pana Goode’a w finale, ale o tym, czy dziewczyny poradziły sobie wystarczająco bez nich, czy to jednak mężczyźni przeważyli szalę zwycięstwa, każdy z widzów musi sam zadecydować.

W portrecie zbiorowym kobiet w Godless podoba mi się też to, że jest taki różnorodny i głęboki. Każda z pań, nawet jeśli ma tylko kilka sekund na ekranie, pokazuje swój wyjątkowy charakter. No i jest w tej społeczności sporo oryginałów (wielbicielka nagich przejażdżek, nauczycielka/prostytutka/bizneswoman). Ja najbardziej polubiłam oczywiście Mary Agnes, która ma dystans, wewnętrzną siłę i ciekawe poczucie humoru. No i fantastycznie, że ktoś uwzględnił też to, że kobiety mogą załatwiać sprawy nieco inaczej niż mężczyźni. Najlepsza pod tym względem jest scena negocjowania z kompanią górniczą, która (założę się) w męskim wykonaniu skończyłaby się rozlewem krwi.

To, że serial jest bardzo sfeminizowany, nie oznacza bynajmniej, że nie jest to rzecz dla prawdziwych mężczyzn. Wielbicielom starych dobrych westernów z pewnością przypadnie do gustu wiele wątków i bohaterów z Godless. Szorstka męska przyjaźń między rewolwerowcem a indiańskim chłopcem, zranione ojcowskie serce Griffina, czy te wszystkie pięknie nakręcone sceny z końmi, na pewno poruszą niejednego pana przed ekranem. Pod tym względem to idealna alternatywa dla puszczanego w kółko Rio Grande.

Poza wszystkim innym, Godless to serial, który uwodzi także estetyką i klimatem pełnym grozy. Dzięki temu, że bohaterowie są tacy pełnokrwiści, ich śmierć czy walka naprawdę coś znaczą dla widza. Sama autentycznie bałam się o niektóre postaci i smuciłam się, gdy nie wszystkim udało się przetrwać (a takie uczucia są mi najczęściej obce). No i za sprawą przepięknych zdjęć i zaskakująco oryginalnych rozwiązań fabularnych (ręka Griffina, dom chorych, historia bliźniaków, ubranie z grobu), czuć w każdym odcinku, że to na co patrzymy ma głębszy wydźwięk. Niby te wszystkie tropy są już ograne od dekad, niby wszystko już widzieliśmy, ale zapewniam, że oglądając Godless, uwierzycie w odrodzenie westernu. Jednym słowem, idealne dopełnienie Slow West i Bone Tomahawk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *