Welcome To Me

Trzeba bardzo lubić Kristen Wiig i surrealistyczne poczucie humoru, by docenić ten film. Mnie osobiście bardzo się podobał, ale jestem w stanie też wyobrazić sobie, że wiele osób się na nim śmiertelnie wynudzi lub zdenerwuje. Jest to opowieść zarówno o problemach jakie niesie ze sobą choroba psychiczna, ale także moim zdaniem o tym, jacy w ogóle się staliśmy. Po obejrzeniu Welcome To Me jestem już zupełnie przekonana, że bardzo duża część nas tylko marzy o tym, by móc mieć własny program poświęcony tylko własnej osobie lub też żyje (i mówi!) tak, jakby już tak było, a każdy rozmówca (przyjaciel, członek rodziny) był tylko częścią widowni.

Poznajcie Alice

Alice Klieg (Kristen Wiig) jest osobą naprawdę fascynującą, głównie dla siebie samej. Mieszka sama w zagraconym do granic możliwości mieszkaniu, którego poszczególne sektory są „uporządkowane” kolorystycznie. To wnętrze mówi wiele o jego mieszkance: większość wystroju to stare kasety, na których nagrane są wszystkie odcinki programu Oprah Winfrey, a żeby było jeszcze dziwniej, przy łóżku stoi stary telewizor, który nie był wyłączany od jedenastu lat. Szybko wszystko się wyjaśnia, gdy dowiadujemy się, że Alice od dzieciństwa cierpi na silne zaburzenia psychiczne, z którymi lekarze i leki słabo sobie radzą. Najpierw myślano, że to depresja, potem, że schizofrenia, a obecnie trzydzistokilkulatka leczy się z osobowości typu borderline. Oczywiście leczy się nieskutecznie, ale i tak można ją podziwiać za to, że w ogóle jakoś funkcjonuje, ma nawet jedną przyjaciółkę i poprawne relacje z bliskimi (z którymi jednak nie rozmawia, tylko odczytuje im wcześniej przygotowane oświadczenia). Cześć zapewniającej bezpieczeństwo rutyny Alice stanowi regularne wypełnianie kuponów na loterię i tak się zdarza, że wreszcie trafia się jej główna wygrana. Nasza zaburzona bohaterka wygrywa kilkadziesiąt milionów, dzięki którym może spełnić wszystkie swoje marzenia. Jak się można domyślać, ta ekscentryczka nie przepuści wszystkiego w tradycyjny sposób. O nie, ona to zrobi z szaleńczym przytupem.

Kristen Wiig

Po pierwsze, rzuca leki i rezygnuje ze spotkań z terapeutą na rzecz diety wysokobiałkowej, która ma jej zbalansować emocje. Po drugie, Alice przeprowadza się do wielkiego indiańskiego kasyna. Po trzecie wreszcie, przypuszcza szturm na małą lokalną stację telewizyjną, specjalizującą się w jej ulubionych telezakupach, i nie wychodzi póki jej właściciel nie zgodzi się wyprodukować jej własnego show.

Szalona Oprah

Marzeniem Alice od zawsze było być jak Oprah Winfrey (i nic nie wie o Ameryce ten, kto nie obejrzał chociaż kilku odcinków jej show), dlatego jej program ma mieć podobną formułę co produkcje ikony USA. Niestety jednak Alice nie ma zamiaru udawać, że interesują ją modne tematy, zapraszani goście, czy nowe przepisy kulinarne. Nici z autentycznych historii typu ,,samo życie”. Nasza bohaterka spełnia swój sen o opowiedzeniu o sobie wszystkiego i właśnie to dosłownie robi na wizji w każdym odcinku Welcome To Me. Normalnie marzenie każdego ekstrawertyka.

W swoim programie Alice dokonuje rzeczy niebywałych. Każe aktorom odgrywać sceny z jej dzieciństwa i lat nastoletnich, przy okazji dokonując rozrachunku z przeszłością (fantastyczne sceny z licznikiem matka-córka). W kąciku gastronomicznym zamiast deserów, przygotowuje mięsny tort proteinowy, a gdy już skończy o sobie, to zaczyna robić na żywo operacje psów. Do tego z każdej strony atakuje nas kicz i tandeta, bo studio jednak małe a gust Alice wątpliwy. Nie dajecie się jednak zwieźć szaleństwu, bo to jest film o każdym z nas.

Tak jak Don Kichote to powieść o tym, że każdy żyje we własnym wszechświecie, niepoznawalnym dla kogoś innego, tak Welcome To Me jest opowieścią o tym samym tylko w unowocześnionej wersji, czyli o tym jak nasze rozrośnięte ego, ciągła chęć kreacji własnego wizerunku i promocji każdego aspektu życia, osiągają już stadium głębokiej patologii. Można się w losach Alice przeglądać jak w lustrze, jeśli oczywiście nie bierze się wszystkiego zbyt dosłownie. Nim następnym razem wrzucicie fotkę na Instagrama lub udając, że komentujecie dowolną sprawę na Facebooku (lub w prawdziwym życiu) opowiecie szczegółowo o swoim doświadczeniu, zastanówcie się jak bardzo jesteśmy wszyscy podobni do szalonej Alicji.

Kristen Wiig

Bardzo urzekło mnie w tym filmie to, jak pokazano chęć zastępowania jednej terapii następną. Zamiast rozmów z przyjacielem, sesje z terapeutą, zamiast psychoterapii show w telewizji. Na co jej leki, gdy dieta pomaga? Na co być miłym, gdy można komuś zwyczajnie zapłacić? To naprawdę daje do myślenia.

Wyjątkowo urzekła mnie także Kristen Wiig, która dzięki specyficznemu poczuciu humoru i wielkiemu dystansowi do siebie, z powodzeniem gra zaburzoną maniaczkę własnej osoby. Moim zdaniem jest tu nawet lepsza niż w The Skeleton Twins. Nie wiem jak udaje jej się za każdym razem być jednocześnie histerycznie śmieszną i zasmucająco głęboką, ale to wyjątkowy talent.

No i oczywiście wielki plus za poruszenie kwestii sterylizacji psów oraz za wyjątkowych psich aktorów. Futrzaki są wspaniałe!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *