Carol

Dokonana przez Todda Haynesa adaptacja powieści The Price of Salt Patricii Highsmith będzie z pewnością jednym z najbardziej przecenianych filmów ostatnich lat. Jak na mój gust absolutnie nie ma się czym zachwycać, ale to tylko moje skromne zdanie. Tak już się porobiło, że wszyscy jesteśmy bardzo mało odporni na urok wspaniałej Cate Blanchett, a gdy jeszcze pojawia się w retro scenerii, w dodatku w tragicznej roli żony i matki odkrywającej swoją homoseksualną fascynację młodszą kobietą, to któż ośmieli się powiedzieć coś złego o dziele, w którym występuje. Podobnie rzecz się ma z Rooney Marą, ukochaną ,,ambitną” aktorką młodego pokolenia, która od czasów Dziewczyny z tatuażem jest ulubienicą krytyków. Co z tego, że film ciągnie się niemiłosiernie, ze scen intymnej bliskości wieje chłodem, a całość jest bardzo bez wyrazu (,,intymnie”), skoro mamy piękne zdjęcia pięknych aktorek w pięknych vintage kiecuszkach:)?

Boże narodzenie w Nowym Jorku

Przenosimy się do mroźnego Nowego Jorku, gdzieś w lata 50. Mamy środek przedświątecznej gorączki zakupowej, dzięki której dochodzi do dość niecodziennego spotkania. Carol Aird (Cate Blanchett) przychodzi do dużego domu towarowego po prezent dla swej małej córeczki. W wyborze odpowiedniego podarunku pomaga jej skromna i niepozorna sprzedawczyni Therese (Rooney Mara). Panie są sobą w widoczny sposób zainteresowane (a raczej obie aktorki robią wszystko byśmy uwierzyli w to, że od pierwszego spojrzenia była między nimi chemia, co im tak średnio raczej wychodzi). Pretekstem do kolejnego spotkania są pozostawione przez Carol w sklepie rękawiczki i tak się jakoś składa, że kobiety bardzo się do siebie zbliżają. Dystyngowana, stylowa i wyniosła Carol jest w środku trudnego rozwodu i walki o opiekę nad córką, co, biorąc pod uwagę jej status, dobrze znane mężowi skłonności do innych pań oraz nietolerancję tamtej epoki, nie należy do łatwych procesów. Nasza skromna i delikatna Therese za to jest dziewczęciem na rozstaju dróg, oczywiście o artystycznej pasji i wielkich ambicjach, których związek z mężczyzną nie pozwala jej rozwinąć. W zetknięciu tych dwóch zupełnie innych osób jest szansa na to, że obie odnajdą wreszcie to, czego im potrzeba by zacząć naprawdę żyć. Oczywiście nie chodzi tylko o fascynację erotyczną, ale o ugaszenie tęsknoty za córką (w przypadku Carol, która rozpaczliwie musi się kimś opiekować), czy siłę do sięgnięcia po swoje marzenia (w przypadku Tereski zaczęcie na poważnie kariery fotografa).

Rooney Mara i Cate Blanchett
Rooney Mara i Cate Blanchett

Wieje chłodem

Z początku ta fabuła naprawdę intryguje. Trafiamy nie tylko w sam środek lesbijskiego romansu, ale też w rozwodowe epicentrum bardzo specyficznych ludzi, którzy może i już nie kochają siebie, ale bardzo kochają swoją córkę i są gotowi, zamiast rozwiązywać wszystkie swoje problemy, skupić się na staraniach o nią, prowadząc coś w formie zastępczej wojny. Szczególnie małżonek, Harge Aird (Kyle Chandler), wykazuje się na tym polu niebywałą pomysłowością.

Sam romans pięknych pań już jakoś mniej mnie zainteresował. Szczególnie nie przypadła mi do gustu dwuznaczność w traktowaniu Tereski przez Carol. Z jednej strony chodzi o namiętność, a z drugiej jakby starsza kobieta wypełniała młodszą puste miejsce po swojej córce, co nadaje całości niesmacznej według mnie dwuznaczności. No i jakoś zupełnie nie mogłam uwierzyć w łączące je uczucia. Obie aktorki, grające zakochane kobiety, są dość specyficzne, zdystansowane i zimne, przez co w ogóle nie wyczuwa się w ich związku chemii. Postać grana przez Marę jest bezwolna i irytująca pasywna (zmiana fryzury pod koniec to za mało bym uwierzyła w jej przemianę), a jedyne co pojawia się na jej twarzy to ogromne zdziwienie. Natomiast Blanchett, po raz kolejny roztaczająca przed nami hipnotyczny urok lwicy salonowej, wygląda na całkowicie znudzoną, prawdopodobnie dziwnie nużącym tonem głosu, którym mówi jej bohaterka.

Rooney Mara
Rooney Mara

Choć temat homoseksualnej miłości wciąż jeszcze, mimo licznych filmów na ten temat, należy do bardzo aktualnych i ciekawych, szczególnie gdy ta miłość jest pokazywana na tle mniej tolerancyjnych niż nasze czasów, to jednak po filmie Carol nie ma się co spodziewać jakiegokolwiek napięcia, czy ciekawego głosu w tej sprawie. Nawet ,,gorąca” scena łóżkowa zupełnie nie porywa w wykonaniu dwóch królowych lodu. Oglądając, miałam wrażenie, że nawet aktorzy grający w telenowelach są bardziej przekonujący. Rozumiem, że miało być subtelnie i z taktem, ale chyba ktoś przesadził, bo wyszło nijako i bezpłciowo.

Carol to kolejny film z serii ambitnych i klimatycznych, co do których umysł kłóci się z sercem. Widzimy ogrom pracy, dopracowanie szczegółów, piękne zdjęcia i kostiumy, ale jednak całość nie ma duszy, naprawdę wieje chłodem ta pusta emocjonalnie skorupa. A może po prostu to film dla widzów o lepszym guście i subtelniejszej wrażliwości niż moje.

3 thoughts on “Carol

  • Styczeń 28, 2016 at 4:31 pm
    Permalink

    Czytam już czwartą Twoją recenzję i widzę, że jesteś bardzo krytyczna wobec kina, bo każda z nich jest (raczej) na „nie” ;)
    Lecz muszę Ci przyznać, że dość przekonująco potrafisz uargumentować swoją krytykę.
    I choćby dlatego warto jest tu do Ciebie zaglądać.

    Pozdrawiam

    Reply
    • Styczeń 29, 2016 at 9:04 am
      Permalink

      Dziękuję za miły komentarz:) A notki są czasami ostre tylko dlatego, że staram się innym oszczędzić czasu. To, że ja się wymęczyłam na jakimś rozreklamowanym gniocie, nie znaczy, że inni też muszą cierpieć.

      Reply
      • Styczeń 29, 2016 at 3:43 pm
        Permalink

        No tak, ale ciągle piszesz o swoim wrażeniu.
        I być może film, na którym Ty się „wymęczyłaś”, ktoś inny obejrzy z przyjemnością ;)

        Reply
  • Luty 16, 2016 at 10:39 pm
    Permalink

    Nie zgodzę się.
    Ani Blanchett, ani Mara nie sportretowały Królowej Śniegu. Na Carol patrzymy z perspektywy Therese, dla której jawi się ona jako kobieta w pewnym sensie nieosiągalna – ale czy to oznacza, że pozbawiona uczuć? Wręcz przeciwnie, przecież to małe z pozoru gesty pozwalały dostrzec rodzące się między kobietami uczucie (Carol przykrywa Therese płaszczem w aucie, ta chwyta jej dłoń w barze, etc.).
    Scena łóżkowa była kulminacją, w której – moim zdaniem – pokazano tyle, ile potrzeba, w proporcjach wręcz idealnych. Skrywane uczucie i pożądanie wzięły w końcu górę. To nie jest kolejny tandetny serial o wampirach, w którym wciska się na siłę lesbijską parę po to, żeby scenami seksu podbijać oglądalność odcinków.
    Proszę się nie obrażać, ale snucie domysłów o próbie zastąpienia przez Therese miejsca córki w życiu Carol jest niedorzeczne. Gdyby rzeczywiście tak było, pozostałyby na poziomie miłości platonicznej, bez seksualnych podtekstów. Te kobiety po prostu się w sobie zakochały. Zdarza się.
    I na koniec – nie sądzę, aby można zaszufladkować ,,Carol” jako film branżowy. Nie sadzę też, żeby głównym celem reżysera było pokazanie miłości dwóch kobiet; wolę myśleć – i zdaje mi się, że w ten sposób postrzega to również część widzów – że jest to film o uczuciu, jakim można obdarzyć drugą osobę. Płeć odgrywa tu rolę drugorzędną.
    PS Chemia pomiędzy Marą i Blanchett jest wręcz przytłaczająca – gdyby ktoś posyłał mi takie spojrzenia, nie byłabym w stanie normalnie funkcjonować!

    Reply
    • Luty 17, 2016 at 11:54 am
      Permalink

      Opisałam tylko własne, subiektywne wrażenia po seansie, żaden widz chyba nie może zrobić niczego innego. Cieszę się naprawdę, że dla kogoś oglądanie Carol nie było stratą czasu. Ja tego nie czuję, chemii nie dostrzegam, ale miło, że są osoby wrażliwsze ode mnie:)
      PS Chyba każdy film jest o ,,uczuciu jakim można obdarzyć drugą osobę”, tylko te uczucia bywają różne.

      Reply
      • Luty 18, 2016 at 10:58 am
        Permalink

        Każdy film raczej nie, ale większość – zapewne tak.
        Miałam jednak na myśli to, że podkreślanie, iż miłość dotyczy tutaj dwóch kobiet nie jest konieczne (przynajmniej moim zdaniem). To nie jest film wyprodukowany na potrzeby społeczności LBGT, który ma przybliżyć widzom ich problemy. Haynes wybrał po prostu taki, a nie inny ,,wycinek” czasu – i z konieczności musiał uwzględnić obowiązujące wówczas prawo i konwenanse – decydując się na opowiedzenie takiej, a nie innej historii. Jednak szufladkowanie ,,Carol” jako filmu branżowego jest krzywdzące, ponieważ jest to dzieło nie ze względu na temat, a sposób jego realizacji. Nie twierdzę, iż Pani tak akurat film szufladkuje, niemniej zauważyłam już w kilku recenzjach niepotrzebne uwypuklanie tego tematu, co jest zupełnie niepotrzebne i spłyca sens całego obrazu.

        Reply
        • Luty 18, 2016 at 11:07 am
          Permalink

          PS Recenzje są, w przytłaczającej większości, bardzo przychylne, a krytycy – zachwycenie; a jednak ,,Carol” przegrywa raz za razem, ostatnią szansą na uratowanie honoru (oczywiście jurorów) są Oscary, choć już i tak się wkopali, skoro film ten nie walczy o miano tytułu roku (a ,,Mad Max” już tak…), więc być może to Pani ma rację.
          Chociaż śmiem twierdzić, że nagrody w tej branży przyznawane są według klucza co najmniej nielogicznego. Dość wspomnieć, że Złoty Glob trafił w tym roku do Lady Gagi i to w kategorii, w której nominowana była z K. Dunst za rolę w ,,Fargo”… To jest chyba najlepsze podsumowanie tego cyrku. Szkoda tylko Blanchett i Mary.

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *