Unbreakable Kimmy Schmidt

Ta propozycja Netflixu nie jest dla wszystkich. Trzeba mieć raczej lekko spaczone poczucie humoru by móc wczuć się w przygody głównej bohaterki, która swoim specyficznym podejściem do życia nie raz wystawi cierpliwość widza na ciężką próbę. Zapewniam jednak, że warto dać się porwać tej absurdalnej, kolorowej, głuptaśnej opowieści. Zapewne już zauważyliście, że nie jestem fanką amerykańskiego poczucia humoru i w ogóle mało co mnie śmieszy, jednak zapewniam, że oglądając przygody Kimmy Schmidt zaśmiewałam się często do łez. Śmiałam się nawet wbrew sobie, bo humor bywa tu zawstydzająco idiotyczny, a jednak nic nie mogłam na to poradzić. W ramach zachęty zdradzę, że przed rechotem z ostatnich odcinków (im dalej tym lepiej, więc cierpliwości:) nie powstrzymały mnie nawet pooperacyjne szwy na brzuchu. Występ Tytusa w telewizji zaatakował mnie śmiesznością tak nagłą i gwałtowną, że musiałam przerwać oglądanie by się uspokoić, dosłownie w trosce o swoje zdrowie. No jak często zdarza się wam coś takiego?

Wyzwolenie krecic

Kobiety-krety zostały tak nazwane przez media po tym, jak te cztery niewiasty uwolniono z podziemnego bunkra, w którym były więzione przez piętnaście lat. Znalazły się tam na skutek porwania przez wielebnego nazywającego się Richard Wayne Gary Wayne (Jon Hamm), trzymającego je przez cały ten czas w przekonaniu, że na świcie rozpętała się apokalipsa, a oni są jedynymi, którym Bóg pozwolił przeżyć. Główną bohaterką serialu jest jedna z krecic Kimmy (Ellie Kemper), która po wydostaniu się na powierzchnię, zaczyna zupełnie nowe życie. Jedzie do Nowego Jorku (oczywiście!), zatrudnia się jako niania u absurdalnie bogatych snobów i na nowo poznaje świat, który przez półtora dekady uległ całkowitemu przeobrażeniu.

Kimmy, oprócz nowej pracy, ma też nowe lokum i osobliwego homoseksualnego współlokatora Tytusa Andromedona (Tituss Burgess). Źródłem nieustającego humoru jest tu głównie stykanie się naiwnej, dziecinnej, dobrodusznej Kimmy, mówiącej językiem z przełomu wieków, z osobami takimi jak Tytus, czyli cynicznymi, zgorzkniałymi i cwanymi ludźmi ,,na czasie”. Oczywiście dobroć i hart ducha dziewczyny, jej wieczny optymizm i zupełny brak negatywnych uczuć, zawsze wygrywają w starciu z nawet najcwańszym przeciwnikiem. Ubrana w rażąco wesołe kolory, rudowłosa i wiecznie uśmiechnięta Kimmy jest błaznem, ale takim, który ma dobroczynny wpływ na życie wszystkich dookoła. Bardzo pomaga to, że jest ona, zgodnie z tytułem, nie do złamania, no bo niby czym mogłaby się przejmować osoba, którą więziono przez piętnaście lat i która żyła z przeświadczeniem, że reszta ludzkości zginęła. Mniejsze i większe potyczki na Manhattanie to pryszcz przy tym co przeszła w swojej bunkrowej mini sekcie.

Nowojorczycy jak kosmici

Dla większości widzów zapewne jest to kolejny głupkowaty serial o tym jak amerykański optymizm zawsze zwycięża i w sumie tak jest. Dla mnie jednak to coś więcej. Z absurdalnych dowcipasów z udziałem dziecinnej Kimmy wyłania się obraz nie do poznania zmienionego świata, który zmierza w raczej dziwnym kierunku. Śmiejemy się z Kimmy, która po latach uwięzienia nie wie jak korzystać z telefonu komórkowego, ani czym jest YouTube czy selfie, a jednak chyba powinniśmy bardziej przyjrzeć się ludziom, dla których to wszystko stało się przez zaledwie półtora dekady takie ważne. Nasza ruda krecica jest typowym wiejskim głupkiem, o szczerym sercu i naiwnym podejściu do życia, który niczym klasyczny błazen, ośmiesza tych, którzy sobie z niego dworują. Tak naprawdę oglądając ten serial śmiejemy się z kiczu i absurdu, ku którym zmierza współczesna kultura. Tak sobie przynajmniej lubię myśleć, bo choć ten serial to dla mnie tylko tło dla poobiedniej kawusi, nie chciałabym by był jedynie pustą rozrywką.

Cieszotki

Oprócz pociesznej Kimmy, podobają mi się w tym serialu jeszcze trzy rzeczy. Po pierwsze, rewelacyjna muzyka. Praktycznie w każdym odcinku są występy Tytusa (niepokojące i natarczywie zapadające w pamięci jak na przykład utwór Peeno Noir), ale inni bohaterowie także popisują się talentem. No i tak przechodzimy do drugiej sprawy, czyli pana z czołówki. On co prawda nie śpiewa, ale po przeróbce youtubowej melorecytuje wspaniale. Ten mieszkaniec domu niedaleko bunkra krecic, niezwykle żywo relacjonujący ich uwolnienie, to moim zdaniem największa gwiazda show Netflixu. Spójrzcie tylko na jego wyrazistą mimikę i gesty. Co za facet! Jest wreszcie i trzecia cieszotka, czyli ukazanie prawdziwego oblicza Jona Hamma, który pojawia się pod koniec. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale uważam, że Hamm został tu genialnie obsadzony w roli tak durnowatego i oślizłego typa, któremu tylko dziwna mimika aktora mogła oddać sprawiedliwość.

Jednym słowem, ten serial to zaskakująca i wybuchowa dawka surrealistycznego humoru oraz odrobina fikuśnej muzyki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *