Community

Community to od dwóch miesięcy mój ulubiony serial popołudniowy. Lepiej do poobiedniej kawki oglądało mi się chyba tylko Przyjaciół. Też jest o grupie przyjaciół, ale w zupełnie inny, zakręcony, a momentami nawet nieco chory sposób. Zamiast młodych i pięknych, jak to zwykle w amerykańskich serialach bywa, mamy bardzo zróżnicowaną wiekowo, etnicznie i estetycznie grupę nieudaczników, która szans na odbicie się od dna szuka w Community College Greendale. Nie jest to Liga Bluszczowa, ani nawet porządna politechnika, ale naprawdę przygnębiający koledż społeczny ostatniego sortu. Uczą się tu tylko ci, którzy nie mają pieniędzy na opłacenie prawdziwej edukacji albo seniorzy, którzy nie mają co robić z czasem (taki uniwersytet trzeciego wieku). Jakbym miała do czegoś to porównać, to Greendale byłoby taką podrzędną szkołą policealną w dość małym mieście wojewódzkim (choć od polskich standardów uniwersyteckich też nie odbiega momentami). Dlatego warto oglądać Community, choćby dla tych chwil, gdy w najbardziej absurdalnych scenach dostrzeżecie własną uczelnię. Ale ten serial to coś więcej niż nabijanie się z kiepskiego systemu edukacji. To osobny wszechświat!

Przede wszystkim przyjaźń

No więc jest to historia siódemki przyjaciół, z czego każdy jest totalnie pokręconą indywidualnością. Zacznę może od tych najbardziej przeze mnie lubianych, dochodząc powoli do osobników, które moim zdaniem powinny popełnić samobójstwo już w pierwszym sezonie. Jest zatem Abed (Danny Pudi), chłopak o tylu zaburzeniach, że cała klinika psychiatryczna znalazłaby przy nim zajęcie. Abed jak nic ma Aspergera, nie potrafi wyrażać emocji i żyje całkowicie zanurzony w świcie popkultury. Pobyt w Greendale ma być dla niego przepustką do świata filmowego. Przez wszystkich towarzyszy (i przeze mnie) Abed jest uważany za najbardziej magiczne, urocze i inteligentne stworzenie na świecie. To on (i jego meta myślenie) jest machiną napędzającą większość odcinków, szczególnie tych z pierwszych serii, będących pastiszami różnych stylów opowiadania. Coś fantastycznego! Oczywiście nie byłoby Abeda bez Troya, jego drugiej połówki. Troy (Donald Glover) to kontuzjowany sportowiec uczący się jak to jest nie być najpopularniejszą osobą w szkole. Ten wieczny chłopiec stał się idealnym uzupełnieniem dla dziwactw swojego najlepszego przyjaciela Abeda.

Troy (Donald Glover) i Abed (Dany Pudi) w fikcyjnym programie śniadaniowym "Troy i Abed o poranku"
Troy (Donald Glover) i Abed (Dany Pudi) w fikcyjnym programie śniadaniowym „Troy i Abed o poranku”

Jedną z moich ulubionych postaci jest także Britta (Gillian Jacobs), niewierząca w siebie hipsterka, wegetarianka, aktywistka i anarchistka. Pomimo, że jest piękna i inteligentna, nic jej w życiu nie wychodzi. Do grona młodszej generacji przyjaciół z Greendale należy także świetna organizatorka, wiecznie spięta najlepsza uczennica Annie (Alison Brie).

Pomimo, iż to koledż, są tu także osoby, które czasy pierwszej młodości mają już dawno za sobą. Jest matka i rozwódka Shirley (Yvette Nicole Brown) tak miła, słodka i pobożna, że aż zęby bolą, zgorzkniały bogaty starzec Pierce (Chevy Chase) no i jest wreszcie Jeff (Joel McHale). Od Jeffa się wszystko zaczyna, ponieważ na początku przyciąga do siebie pozostałych członków grupy jak magnez. Ma on grubo ponad trzydzieści lat i został przyłapany na tym, że podawał się za prawnika, choć nie miał formalnego wykształcenia. Jeff jest przystojny (średnio), zarozumiały, egocentryczny i ma prawdziwy talent do manipulowania ludźmi. Jest także oczkiem w głowie homoseksualnego dziekana i idolem dla nauczyciela hiszpańskiego senior Changa (który z czasem stanie się jakby członkiem grupy). No i to tyle jeśli chodzi o to, kto tu występuje. Każdy z tych bohaterów ma swoje, często bardzo rozbudowane wątki poboczne, ale na końcu wszystkich pojedynczych odcinków i wszystkich serii i tak chodzi o przyjaźń i wspólne dobro.

Annie (Alison Brie), Shirley (Yvette Nicole Brown) i Britta (Gillian Jacobs)
Annie (Alison Brie), Shirley (Yvette Nicole Brown) i Britta (Gillian Jacobs)

Są jak rodzina

Nie tylko dla siebie nawzajem, ale i dla mnie po części. Widuję ich codziennie, wiem co każdy z bohaterów ma w głowie i już się martwię co będzie gdy nadejdzie czas rozstania. Już nigdy nie zobaczę poduszkowego fortu, Abeda przebranego za Batmana, czy odcinka w stylu Pulp Fiction. Koniec wojen paintballowych, sprzeczek przy stole w pokoju do nauki i intryg Changa. Muszę jednak przyznać, że twórcy serialu (po czterech seriach, jestem na piątej) zaczęli dbać o to, by nie było mi zbyt przykro. Wyraźnie obniża się jakość z każdym odcinkiem, odchodzą ważni bohaterowie i właściwie nie wiem po co jeszcze są te spotkania przy stole. Jeśli jeszcze nie zaczęliście oglądania a planujecie, to radzę zatrzymać się na czwartej serii. Jeden Zły Abed wystarczy, od piątego wszyscy są jakby trochę gorsi. Nic jednak nie zmienia faktu, że odkrycie Community i oglądanie po dwa odcinki dziennie (idealna długość epizodów) to jedna z najlepszych rzeczy jaka mnie ostatnio spotkała. Patrzę sobie na Abeda (Czy Sheldon Cooper wie, że ma takiego konkurenta, w dodatku o polskich korzeniach?) w kolejnym dziwnym kostiumie filmowego bohatera i myślę sobie, że ja wcale nie oglądam za dużo filmów. Od razu się człowiek lepiej ze sobą czuje. Przy Bricie jestem super pozytywna, a w porównaniu do Pierce’a jest ze mnie mistrzyni wyczucia i taktu. No i te super szybkie dialogi, kreatywność scenariusza, złośliwy humor!

Community obsada

Podobnie jak w przypadku Przyjaciół (i Kubusia Puchatka), Community także ma tę zaletę, że w którymś z jego charakterystycznych bohaterów można odnaleźć siebie. Ja niestety jestem połączeniem Changa z Pierce’m, choć naprawdę wolałabym być Annie lub Abedem. Też wam się zdarza oglądać siebie na ekranie w taki sposób?

One thought on “Community

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *