U pana Marsa bez zmian

Do seansu zachęca już sama wiadomość, że ta francusko-belgijska produkcja jest połączeniem czarnej komedii i thrillera ekologicznego. Brzmi intrygująco, prawda? Dzięki tej niecodziennej mieszance, U pana Marsa bez zmian to jedna wielka niespodzianka, co widzowie naprawdę doceniają. Na pokazie w Pionierze często było słychać wybuchy śmiechu i ciekawe komentarze, choć humor jest tu delikatnie rubaszny. Gdzie indziej może rodzinne dialogi i absurdalne sceny biurowe aż tak by nie śmieszyły (bo tyle tego już widzieliśmy), ale komedia Dominica Molla bardzo oryginalnie opakowuje te wszystkie dobrze nam znane tematy. Choć pod koniec tempo nieco siada, warto wybrać się na ten zaskakujący i niebanalny film.

Marsowa niedola

Phillipe Mars (François Damiens) właśnie kończy czterdzieści dziewięć lat i choć jemu odpowiada obecny stan rzeczy, otoczenie ocenia go raczej surowo. Pan Mars pracuje jako informatyk i to w tej samej firmie od dwudziestu lat. Jest rozwiedziony, a żona podrzuca mu dwójkę naburmuszonych nastoletnich dzieci kiedy tylko jej się to podoba. Podobnie jest tym razem, ale nie dość, że dzieci są jeszcze trudniejsze w obsłudze niż dotychczas (córka obsesyjnie wkuwa do egzaminów, a syn przechodzi na wegetarianizm), to jeszcze zupełnie nie wiadomo, kiedy była pani Marsowa wróci z delegacji. Na mniejsze i większe kłopoty domowe Phillipe’a nakładają się komplikacje w pracy: szef przydziela go do projektu, nad którym ma pracować z psychopatycznym Jeromem (Vincent Macaigne). Mężczyzna ma liczne nerwice, co chwila wybucha gniewem, aż wreszcie w przypływie furii, demoluje całe biuro tasakiem, przy okazji odcinając Marsowi pół ucha. A to dopiero początek kłopotów z tym wariatem:).

Spora część zawartego w tej komedii komizmu opiera się na tym, że pan Mars jest po prostu dobrym człowiekiem, spolegliwym i cierpliwym ojcem, dobrym bratem i sumiennym pracownikiem. Niby nie ma w tym niczego śmiesznego, ale nikt wokół niego nie jest do niego podobny, a wręcz przeciwnie. Zarówno rodzina, jak i współpracownicy, żerują bez ograniczeń na jego dobroduszności, wciąż sprawdzając, na ile jeszcze mogą sobie pozwolić. Szczyty bezczelności bije zdecydowanie siostra (podrzucająca mu psa), ale byłej żonie też niczego nie brakuje. Chciałabym móc powiedzieć, że warto czekać na to, aż miarka się przebierze i pan Mars wybuchnie, ale niczego takiego tu niestety nie ma, bo to film zupełnie innego rodzaju.

Komizm nieoczywisty, surrealizm lekki

Próbując jakoś poradzić sobie z natłokiem obowiązków i gości, zapełniających małe, zagracone i klaustrofobiczne mieszkanko, pan Mars ucieka w głąb siebie, a tam dzieją się rzeczy niezwykłe. Śni mu się na przykład, ze unosi się nad miastem czy nad podłogą swojego lokum w skafandrze astronauty, ale też zdarza mu się widzieć na jawie (i to coraz częściej) swoich roześmianych rodziców, którzy są pomocni, udzielają dobrych rad i jedyny problem polega na tym, że nie żyją już od jakiegoś czasu. Te dziwne, choć sympatyczne motywy, wprowadzają miłą i ciepłą aurę, skutecznie równoważąc niedole naszego bohatera.

Osobiście czułam się bardziej sfrustrowana niż rozbawiona tym, co Marsa spotykało, ale to zapewne przez to, że bardzo się z jego sytuacją identyfikuję. Obiektywnie jednak muszę donieść, że reszta widzów (tych normalnie zdystansowanych) najlepiej bawiła się podczas dialogów Marsa z synem i z psychopatycznym Jeromem. Dwunastolatek o imieniu Gregoire (Tom Rivoire) ma dość osobliwe problemy (natury ekologicznej, ale i seksualnej) z którymi niedzisiejszy, mało nowoczesny ojciec nie bardzo wie co zrobić. Jeśli zaś chodzi o Jerome’a to dosłownie ręce opadają. Ten człowiek żyje we własnym świecie, jest odporny na wszelkie sugestie, krytykę i odmowy, a sposób, w jaki przejmuje kontrolę nad życiem Marsa, to prawdziwe mistrzostwo manipulacji. Do komicznych (choć zważywszy na jej koniec, mnie nie śmieszących) relacji pana Marsa, należy jego chwilowa ,,przyjaźń” z psem siostry, który za pomocą fizjologicznych reakcji, doskonale komentuje stan ducha swego opiekuna.

Humor w tej komedii oceniam raczej jako przygnębiający niż czarny. Nie ma on tego ironicznego, uszczypliwego charakteru, jakim cechują się na przykład komedie brytyjskie, ale za to posiada własną jakość, bazującą na nostalgii, ale i na specyficznie francuskim dobrodusznym cieple. Tam, gdzie przygnębia nas los Marsa, zaraz otrzymujemy pocieszenie w postaci ujawnienia się jego kolejnej ujmującej cechy.

Tym, czego mogłabym się ewentualnie czepić, mogłoby być pokazanie wegetarian w niekorzystnym świetle, co podejrzewam, że innym nie będzie za bardzo przeszkadzać. Ja osobiście nie widzę niczego śmiesznego w ukazywaniu ludzi troszczących się o los zwierząt jako wariatów i niebezpiecznych anarchistów. Akcja z żabami i wytwórnią drobiu wzbudziła we mnie żywy entuzjazm, który przygasał w scenach typowo rodzinnych i w zamyśle rozczulających.

Dużym plusem jest w tym filmie aktorstwo, szczególnie Damiensa. Ten najbrzydszy francuski aktor (urzekający w Delikatności) ma w sobie dużo uroku i aktorskiej charyzmy, którą bardzo cenię. W świecie wariatów jest takim normalsem, że to aż rażąco nienormalne. Towarzyszący mu aktorzy z powodzeniem wczuwają się w rolę upierdliwych i irytujących członków rodzinny lub świrniętych znajomych. A już siostra czy starszy pan sąsiad, zasługują w moim odczuciu na osobny film, jak nie na serial :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *