Spódnice w górę!

To miała być chyba taka zabawna laurka ze szczyptą feminizmu, którą kobiety zmalowały innym kobietom. Film jakby idealny na Dzień Kobiet, jak wynikało z opisu, a jednak wraz z upływem kolejnych minut można się przekonać, że jest z nim coś bardzo nie tego. Przygotujcie się, drodzy widzowie, na płaskie postaci ulepione ze stereotypów, histeryczne zachowania wynikające z burzy hormonalnej i klika bardzo nieapetycznych menstrualnych akcji i komentarzy. Aż sama nie wiem co myśleć. Czy reżyserka (również grająca w filmie Audrey Dana) tak na poważnie choć komediowo, czy raczej z nienawiści do kobiet jakąś totalną parodię ich zachowań nam prezentuje? To zdecydowanie najdziwniejsza francuska komedia, nawet wśród tych słodko-gorzkich, jaką zdarzyło mi się oglądać.

Czarownice, nimfomanki i wariatki

Zamysł jest prosty – pokazać jak najwięcej kobiecych typów, spleść razem poszczególne wątki i na koniec udowodnić, że w gąszczu swych wad i słabości, wszystkie kobiety są piękne i wartościowe (jakby ktoś miał wątpliwości; ja mam). Takie Lejdis na większą skalę. Poznajemy najpierw każdą z pań z osobna, ich liczne wątki toczą się równolegle, by coraz bardziej się splatać z sąsiednimi i w finale utworzyć już jeden afirmujący kobiecość wzór. W tej niesamowitej galerii boleśnie stereotypowych typów są mężatki i singielki, panie bogate i wpływowe, ale też skromne matki i gospodynie domowe. Dziewczyny mają różne zawody, orientacje seksualne i ambicje życiowe, ale łączy je przeogromny wpływ jaki wywierają hormony na ich życie. Nie powinniśmy się dziwić, bo już na początku przekazuje nam się tezę (niby żartem, a jednak wcale nie), że kobieta to stwór niewolniczo uwiązany do zmian cielesnych, nie mający wolnej woli, a jedynie pewną pulę hormonalną i lędźwie za pomocą których porozumiewa się ze światem. Zapewniam, że wcale nie przesadzam, tak to jest dosłownie pokazana. Przykłady? Proszę bardzo. Grana przez reżyserkę Jo (ta która już na początku raczy nas widokiem aplikacji tamponu) opowiada wszystkim, że przez pierwsze dwa tygodnie cyklu jest rozerotyzowaną kocicą, a dwa tygodnie przed okresem, nie może znieść męskiego dotyku i myśli o seksie. Lily (Isabelle Adjani, jest tam pod botoksem, ale jak się bardzo przyjrzycie) podświadomie zatrzymała swoją menstruację i zachowuje się nadzwyczaj dziwnie, bo dojrzewająca córka wywołała u niej kryzys kobiecości. No i moja ulubiona Rose (Vanessa Paradis), która o zawodowe sukcesy, ale też samotność i brak satysfakcjonujących zbliżeń płciowych, może obwiniać nietypowo wysokie poziom testosteronu, przez który nabrały (w sumie pozytywnych) męskich cech. To tylko kilka osobliwości z tej parady dziwaczek, ale chyba już rozumiecie o co chodzi. Zapewniam, że pozostałe koleżanki są równie oryginalne pod względem hormonalnym.

Audrey Dana i Vanessa Paradis

Świat bez mężczyzn?

W filmie Spódnice w górę! panowie pojawiają się sporadycznie, ale to nie znaczy, że są nieobecni. Wprost przeciwnie, mówi się o nich i fantazjuje cały czas. Właściwie na tym polega mój główny problem z tym filmem (poza płaskimi postaciami, denerwującą muzyką i lekko głupawymi dialogami), że właściwie wszystkie kobiety istnieją tu tylko w kontekście seksualnym. Przyjaźnie, praca, dzieci i wszystko inne idzie w odstawkę, gdy jedna z drugą poczują zew natury. Trochę to jednak uwłaczające, sprowadzać życie do jednego mianownika. Może jestem staroświecka, ale lubię myśleć, że wbrew temu co sugeruje tytuł, jesteśmy jednak czymś więcej niż to, co pod spódnicą.

No tak, z jednej strony sobie tak myślę, a z drugiej sama patrzyłam na bohaterki filmu raczej męskim okiem i oceniałam przede wszystkim ich fizyczną atrakcyjność (bo tak fatalne aktorstwo jak tu wymyka się wszelkim ocenom). Niestety taka już jestem i sądzę, że jak ktoś wybiera zawód aktorki to jego predyspozycje anatomiczne liczą się najbardziej. Każdy, kto sądzi, ze tak nie jest, powinien obejrzeć najbliższą oscarową galę i zobaczyć jak artyści robią wszystko by potwierdzić przede wszystkim swoją atrakcyjność, a dopiero potem talent i całą resztę. Zatem, jeśli za największy żart uważam, że w filmie grają (tak to było reklamowane) najpiękniejsze francuskie aktorki, to coś z tą komedią jest nie w porządku. Strasząca uzębieniem Laetitia Costa (jej bohaterka ma rozwolnienie i refluks żołądkowy), onieśmielająca umięśnieniem Vanessa Paradis, czy wreszcie zupełnie niepodobna do siebie Isabel Adjani, to rzeczywiście top francuskiego aktorstwa, ale taki, który reżyserka (z zazdrości?) postanowiła ukazać jak najmniej estetycznie i to jej się udało. Brawo.

Spódnice w górę!

Spódnice w górę! to kuriozum, koszmarek o tym, co puste kobiety bez życia wewnętrznego, a jedynie zaopatrzone biologicznie, robią gdy się spotkają na babskim wieczorze. Film jest zbiorem krzywdzących stereotypów, ukazujących płeć piękną w jak najgorszym świetle, ale przewrotnie też jest to bardzo prawdziwe. Wiele sytuacji, które tu widziałam, mogłam podziwiać także w codziennym życiu. Tak się zachowujemy, gdy jesteśmy zdradzane i gdy zdradzamy, tak się zakochujemy i odkochujemy, tak się przyjaźnimy, kłócimy się i godzimy. Mogę sobie złorzeczyć na ten film ile wlezie, ale to nie zmieni faktu, że większości kobiet by się spodobał, a nawet te, które jak ja kręcą na niego nosem, po jakimś czasie, zwinięte w kłębek przez bóle menstruacyjne lub szalejące przez PMS mogą o nim pomyśleć jako o dziele genialnego, empatycznego kobiecego umysłu. Ciekawe co na to mężczyźni?

Jedna myśl na temat “Spódnice w górę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *