Frantz

François Ozon nakręcił film tak piękny, że aż żałuję, że nie jestem profesjonalnym filmoznawcą, by móc Wam bardziej fachowo opisać wczorajszy seans. Choć to obraz poświęcony uprzedzeniom i nacjonalizmowi prowadzącym do wojny, pokazujący jak wielkie spustoszenie sieje w społecznościach nienawiść do sąsiadów, to jednak nie ma tu nic sztampowego, taniego, a co najważniejsze, reżyser nie posługuje się także szantażem emocjonalnym, tak łatwym do zastosowania, gdy ktoś chce nakręcić film o wojnie na skróty. Jest uczciwie, momentami nawet szorstko, ale za to czujemy, że w każdym z tych pięknych kadrów jest jakaś uniwersalna ludzka prawda. Temat Frantza wydał mi się może szczególnie aktualny ze względu na to, że obejrzałam go w dzień,w którym wybrano nowego prezydenta Francji. Tak bardzo się wszystko zmieniło, a tak bardzo jednak pozostaje takie samo.

Niemiecka prowincja lat 20. jak żywa

Akcja filmu rozpoczyna się w niewielkim niemieckim miasteczku w roku 1919. Niemcy leczą emocjonalne i fizyczne rany zadane im podczas wojny przez Francuzów, a tu nagle w miasteczku pojawia się tajemniczy Adrien Rivoire (Pierre Niney). Młodzieniec przybywa z Paryża i twierdzi, że jest przyjacielem zabitego podczas wojny Frantza Hoffmeistera. Pogrążeni w rozpaczy rodzice Frantza i wciąż smutna narzeczona, zapraszają przybysza do siebie, traktując go jako namiastkę tego, którego już nie ma. Wypytywany przez nich Adrien, opisuje sceny jego spotkań z Franzem (Anton von Lucke), dając do zrozumienia, że byli bardzo zaprzyjaźnieni. Nie będę zdradzać szczegółów, ale zapewniam, że nie o przyjaźń tu chodziło.

Poza wątkiem wspomnieniowym, Adrien istnieje też w osobnej relacji z opłakującą Franza narzeczoną, piękną Anną (Paula Beer). Młodzi spacerują w urokliwych okolicznościach przyrody, rozmawiają o przeszłości, o sztuce i są sobie coraz bliżsi. Niestety, to też nie jest taka zwyczajna love story.

Gdy już myślimy, że opowieść zbliża się ku końcowi, akcja przenosi się do Paryża, co daje nam możliwość obejrzenia jakby równoległego świata. Wcześniej, w tle rodzinnej żałoby Hoffmeisterów, widzieliśmy jak Niemcy zioną nienawiścią do Francuzów, jak bardzo poturbowała ich wojna i jak mocno łakną zemsty. Potem, bliźniacze sceny oglądamy w Paryżu, gdzie w niemal identycznych okolicznościach, w podobnych tawernach i barach, śpiewa się pieśni patriotyczne z myślą o upuszczeniu krwi sąsiadów. Niby proste, a jednak robi wielkie wrażenie.

Kłamstwo nas uratuje

Frantz to film prawie w całości czarno-biały (kolory pojawiają się tu tylko w pewnych szczególnych momentach) i ma to ogromne znaczenie dla odbioru całości. Dzięki zabiegom kolorystycznym, ale także wspaniałej scenografii, kostiumom, charakteryzacji i muzyce, udało się odtworzyć atmosferę niemieckiej prowincji z lat 20-tych (na ile mogę to ocenić odwiedzając podobne miasteczka współcześnie). To jednak tylko połowa sukcesu, a drugą jest równie „staroświecka” powściągliwość postaci w okazywaniu emocji czy w wypowiadaniu słów. Nie ma w nich egzaltacji, taniego sentymentalizmu, żadnych chwytów rodem z melodramatu. Patrząc na te szlachetne i bardzo charyzmatyczne twarze, byłam w stanie uwierzyć, że to są naprawdę ludzie wychowani w tamtej kulturze, w niemieckiej surowości czy we francuskiej szlachetnej powściągliwości. Niczego nie jest w tym filmie za dużo, choć tak łatwo można było pójść w drugą stronę. Szczególnie udane i wyjątkowo zaskakujące jest zakończenie. Zapewniam, że tego nie sposób przewidzieć.

Tym, co jednak cenię w tym filmie najbardziej, jest nie możliwość przeniesienia się do czasów, o których jest mowa, ale bardzo nowoczesne potraktowanie tematu. Ozon kluczy i ciągle zwodzi widza. Gdy już jesteśmy pewni, że wiemy o co chodzi, robi nam niespodziankę i pokazuje coś zupełnie przeciwnego. Żadnych schematów, sama radość odkrywania świeżego spojrzenia na niby tak dobrze zbadany przez kino temat. Zapewniam, że tym filmem można paść wyobraźnię przez długie tygodnie, więc jeśli możecie wybrać się tej wiosny tylko na jeden film do kina, polecam właśnie Frantza.

Poza wszystkim innym, jest to także ciekawe ujęcie tematu kłamstwa i tego, jak, zastosowane w odpowiednich okolicznościach i w dobrych intencjach, dosłownie ratuje życie. To dzięki kreacji osobnych historii, równoległych życiorysów i fikcyjnej korespondencji, Annie i Adrienowi, udaje się w ogóle zachować zdrowe zmysły. Po raz kolejny okazuje się, że fikcja nas ratuje i wyzwala od emocjonalnego ciężaru.

Na koniec jeszcze słów kilka o aktorach. Nie będę ukrywać, że na film poszłam głównie ze względu na Pierre’a Niney i się nie zawiodłam. Chłopak, choć do najprzystojniejszych nie należy, ma taką twarz i sylwetkę, że jeszcze przez piętnaście lat będzie mógł grać dwudziestoletnich amantów, a do tego ma w sobie ten arystokratyczny szyk, dzięki któremu jest mu tak dobrze w historycznych kostiumach. Pomimo tego, że Niney staje na wysokości zadania i z powodzeniem odgrywa delikatnego, skrzywdzonego przez wojnę młodzieńca, to jednak z radością przyznam, że jego ekranowa partnerka bije go tu na głowę w aktorskim pojedynku. Grająca Annę Paula Beer jest niesamowita. Mogłabym patrzeć na nią godzinami, podziwiając oszczędny repertuar gestów i grymasów, które są w stanie wyrazić wszystko. Jej udział w tym filmie to idealne uzupełnienie estetycznej uczty, jaką funduje nam Ozon. Oczywiście znakomici są także seniorzy wcielający się w role rodziców Frantza, czyli Marie Gruber i Ernst Stötzner. Szczególnie podobał mi się starszy pan, z wielkim wdziękiem milczący i intensywnie odgrywający podejrzliwość.

Jeśli chcecie zafundować sobie rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie, to Frantz z pewnością będzie strzałem w dziesiątkę. Niewiele kin go teraz pokazuje (my obejrzeliśmy w niezawodnym szczecińskim Pionierze) ale dla prawdziwych miłośników kina francuskiego nie powinno to być problemem :)

Film inspirowany dziełem niemieckiego reżysera Ernsta Lubitscha Człowiek którego zabiłem z 1932 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *