Tost. Historia chłopięcego głodu

Film Tost oparty jest na autobiograficznej powieści autorstwa bardzo znanego brytyjskiego krytyka kulinarnego Nigela Slatera. Tę książkę dostałam w prezencie i pochłonęłam niemal natychmiastowo. Nie był to dobry pomysł, ponieważ wtedy intensywnie się odchudzałam, chodziłam wiecznie głodna, a Slater opisywał pyszności w taki sposób, że czytając o nich przeżywałam prawdziwe katusze. W dodatku główny bohater przez sporą część książki sam jest śmiertelnie głodny, ponieważ żadne z jego rodziców nie grzeszy talentem kulinarnym. Normalnie znalazłam swoje alter ego! Ostrzegam wszystkich potencjalnych czytelników, że każdy opisany tu smak od razu przenika do wyobraźni, miejcie się więc na baczności, bo nim się zorientujecie przerwiecie lekturę by iść spałaszować całą zawartość spiżarni (dobra, lodówki lub piwnicy).

Gdy zaraz po lekturze dowiedziałam się o filmie, byłam przeszczęśliwa. Moją euforię wzbudzał głównie fakt, że w roli macochy Slatera występuje sama Helena Bonham Carter. Naprawdę trudno sobie wyobrazić lepszą odtwórczynię roli złej macochy, demonicznie urzędującej w kuchennych odmętach.
Zacznijmy może od tytułowego tosta. Dla głównego bohatera podpieczony kawałek białego pieczywa posmarowany masłem to rozgrzeszenie wszelkich przewinień jakich dopuściła się jego matka w kuchni. Tylko to kobiecinie wychodziło. Strasznie podoba mi się scena w filmie, w której mały Nigel nakłania mamuśkę (Victoria Hamilton) do zakupu jakiegoś świeżego produktu, na przykład sera. Ta mu odpowiada, że świeże jedzenie jest pospolite, po czym bierze jakąś nabiałową kupę w plasterkach i dużo, dużo puszek. W ogóle rodzina Slaterów, póki kobicina żyła (na szczęście nie za długo) żywiła się wyłącznie obrzydliwościami z puszki. Sceny z przygotowaniem tego czegoś to kino jakby anty-gastronomiczne, bo odechciewa się jedzenia. Pani Slater, prawdopodobnie jak wiele innych angielskich gospodyń w latach 60-tych, gotowała jedzenie w wielkim garze, jeszcze zanim je wyciągnęła, czyli w puszkach. Jak dla mnie to nie żadne uprzywilejowanie klasy nieco wyższej niż najniższa (co ciągle sugerują rodzice Nigela), ale zwyczajne lenistwo. Jest to ten sam gatunek nieporadności i lenistwa jaki dziś prezentują rodzice prowadzający swoje grube dzieci do fast foodów, ale to już zupełnie inny temat.
Większość widzów zapewne uważa, że to pani Potter jest tu czarnym charakterem. Jak jednak sądzę, że to mamusię-niezdarę-ofiarę i nieczułego ojca należy zdecydowanie potępiać. Zastępująca matkę Nigelowi pani Potter przynosi mu inspirację i sprawia, że chłopak ma po co żyć. Nieważne, że Joan Potter to w jego oczach potwór, skoro przy tym potrafi tak wspaniale gotować.

Naprawdę można się rozczulić, patrząc na starania nastoletniego Nigela (Freddie Highmore), który próbuje dorównać spektakularnym osiągnięciom kulinarnym swej macochy. To co wyczarowuje pan Potter to prawdziwe arcydzieła; co wieczór na stół wjeżdża pieczyste i spektakularne desery, które są tak ładne, że aż strach je jeść. Mnie osobiście bierze nabożna cześć gdy widzę coś takiego. To tak jakby u Slaterów codziennie była jakąś komunia albo wesele po polsku, tyle tego jest na stole. Oczywiście kobieta nie gotuje z czystej dobroci serca. Kuchnia jest jej polem bitwy, na którym walczy o swoją pozycję w rodzinie, w czym bardzo przypomina wiele prawdziwych gospodyń domowych.
Największa bitwa rozegrała się przy cieście cytrynowym z bezą. Od razu napiszę, że nie był to jakiś tam zwykły, smaczny placek. To co upiekła pani Potter to matka wszystkich placków. Ogromna ilość słonecznie żółtego kremu cytrynowego na kruchym cieście, przykrytego wielgachną białą bezą, miękką w środku i chrupiącą z zewnątrz. Takie ciasta śnią się łasuchom po nocach. Są genialne w swej prostocie łączenia zaledwie kilku intensywnych i łagodnych smaków. Kompozycja idealna! Nigel próbuje również osiągnąć ten ideał, ale łatwo nie jest. Pani Potter wcale nie jest chętna do dzielenia się przepisem z paskudnym chłopakiem. Dlatego też Nigel, by odpowiednio wymierzyć proporcje, posuwa się nawet do liczenia skorupek jaj pozostałych po wyczynach macochy. A jak się cała awantura o bezę skończyła, musicie już zobaczyć sami. Ostrzegam, od razu zaczniecie piec własne placki, więc może jeszcze przed seansem zaopatrzcie się w jaja, masło i cytryny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *