Food Film Fest cz. 1

Na Food Film Fest poszłam pierwszy raz, ale coś czuję, że zrobi się z tego prawdziwa tradycja. Cóż może być lepszego dla łakomczucha i kinomana niż filmy o jedzeniu? Gdybym lubiła banały i frazesy, napisałabym, że to była prawdziwa filmowa uczta, ale nawet moja szmirowatość ma swoje granice.
Spożywcze oglądactwo zaczęliśmy od dwóch francuskich filmów, które nie pozostawiły mnie obojętną, choć miałam świadomość, że to żadna sztuka i we Francji pewnie puszcza się takie rzeczy w telewizji przed wiadomościami, a nie tak jak u nas w kinie studyjnym. Oba obrazy poruszały jednak bliską memu sercu tematykę wytwarzania żywności, czyli samych źródeł naszego zdrowia, ale także chorób. Wspólnym mianownikiem filmów Zdrowy jak jogurt? i Ziarna niezgody było tropienie posunięć potentatów rynku spożywczego i rolniczego, których bardziej niż nasze zdrowie czy ekologia, interesują ogromne zyski (no szok normalnie!).

Zdrowy jak jogurt?

zdrowy-jak-jogurt-1Przyznam, że od początku nie mogłam oglądać tego spokojnie. Twórcy filmu skupili się na różnicy pomiędzy tym, czym w rzeczywistości jest ,,zdrowy i pyszny” tradycyjny jogurt, wytwarzany w małych gospodarstwach wiejskich lub lokalnych spółdzielniach mleczarskich, w odróżnieniu od kolorowej, naszpikowanej chemią i podejrzanymi probiotykami papki z supermarketu. Oczywiście, można się naprawdę zdumieć, a nawet przerazić. Ciekawa jestem co, patrząc na poczynania chemików i inżynierów, starających się uzyskać w laboratorium smak i wygląd identyczne z naturalnymi, czują osoby, które same codziennie jedzą sklepowy nabiał lub dają go swoim dzieciom. Cóż, zapewne, jak wiele innych rzeczy to wyprą, lub skwitują zdaniem typu, że ,,Od czegoś trzeba umrzeć” lub ewentualnie ,,Chemia jest wszędzie i nie można się przejmować, bo byśmy zwariowali”.

Film Zdrowy jak jogurt? doprawdy bardzo szeroko porusza tematykę nabiałową. Po seansie wiemy już czym różni się jogurt zwykły od greckiego, markowy od dyskontowego, oraz jak interpretować magiczne opisy na wieczku kolorowego kubeczka. Normalnie odechciewa się jeść tego paskudztwa.

Uwaga! Wegańska propaganda:

W kinie siedziałam jak na szpilkach ponieważ ciągle myślałam o tym, dlaczego nikt nie mówi najważniejszego, czyli tego, że jogurtów, podobnie jak całego nabiału, w ogóle nie powinniśmy jeść. Otrzymujemy tylko szczątkowe informacje o tym, że jogurty odchudzające i upiększające to bzdura, że mają mnóstwo cukru i barwników, no i wreszcie, że wprowadzane do nich szczepy bakterii mogą odpowiadać za to, że z pokolenia na pokolenia jesteśmy coraz więksi i grubsi (eksperyment na kurczakach daje do myślenia). Ale czemu nikt nie mówi, że jesteśmy wszyscy przebiałczeni i schorowani przez krowie mleko i jego przetwory? Przecież to główne źródło nasyconych kwasów tłuszczowych w naszej diecie, obciążenie dla nerek, powód wiecznego rozstroju żołądka, cukrzycy, alergii i masy innych paskudnych rzeczy. Podejrzewam, że i w Polsce, podobnie jak na całym świecie, firmy mleczarskie wydają kupę kasy na to, żebyśmy się nie dowiedzieli, że mleko tak naprawdę nie wzmacnia kości, a je odwapnia powodując osteoporozę, że pojenie i karmienie nim dzieci programuje u nich otyłość i cukrzycę w dorosłości, no i że w ogóle mleko nie jest przeznaczone do picia dla nas, tylko dla cielaków, które mają urosnąć pół tony i jakby nie było, troszkę różnią się od nas biologicznie. O tym chętnie obejrzałabym film. To by było bardzo edukacyjne i uchroniło wiele osób przed tym, co sama teraz przeżywam, czyli przed totalną zdrowotną masakrą. Może gdyby na którymś z przyszłych Food Film Festów, ktoś powiedział szczerze skąd się bierze mleko, w jakich warunkach trzymane są krowy i jaka jest prawdziwa zawartość jogurciku truskawkowego, ludzie nie patrzyliby na mnie jak na kosmitkę, gdy próbuję im wytłumaczyć to, że na przykład mleko jest wyciskane z krów, które są w ciąży lub dopiero urodziły, zawiera oprócz ropy wiele krowich hormonów płciowych, antybiotyków, masę cukru mlekowego i białka, których zupełnie nie potrzebujemy. Tak sobie tylko fantazjuję, że to by coś zmieniło.

Ziarno niezgody

Ziarno niezgodyDaję słowo, nigdy nie podejrzewałam, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Ten film jest o tym, że praktycznie kilka korporacji na świecie jest właścicielem większości roślin uprawnych. Jak to możliwe? Po prostu dekady temu te firmy wyhodowały gatunki zbóż, kapustnych i innych niezbędnych do życia roślin, które były bardzo płodne, przewidywalne, odporne na choroby i podobne do siebie jak klony (w rzeczywistości to są klony). To dlatego dziś na polach widzimy w Europie, Stanach czy w Azji na przykład łany kukurydzy, której każdy pojedynczy egzemplarz, każdy listek rośnie jak spod linijki, a w dodatku grubiutkie kolby są wypełnione po brzegi ślicznymi nasionami. Niby nie ma problemu, mamy świetne gatunki zieleniny więc się cieszmy. Niestety nic z tego. Problem polega na tym, że rolnicy, którzy zakochali się dawniej w korporacyjnych ziarnach, porzucili tradycyjne odmiany, których dziś już praktycznie nie ma. W dodatku tych nowych nie da się uprawiać bez użycia wielkich ilości szkodliwych dla ekosystemu pestycydów. A najgorsze jest to, że kupowane ziarna są jałowymi hybrydami, które w kolejnym roku już nie wykiełkują, zatem rolnik na wiosnę musi znowu wydać fortunę na opatentowane przez wielkie firmy odmiany (no chyba, że chce zbankrutować). W ten sposób zasoby spożywcze całej ziemi skupiają się coraz bardziej w rękach bardzo niewielu bardzo bogatych ludzi. Na szczęście są jeszcze tacy, którzy gotowi są walczyć z tym bandyckim monopolem.

Film Ziarno niezgody to opis historii osób, które podjęły się nierównej walki z gigantami, głównie poprzez uświadamianie ludziom wielkiej wagi naturalnych metod uprawy. Poznajemy niestety też tych, którym korporacyjne ziarna złamały życie, tak jak hinduskim rolnikom, którzy masowo popełniali samobójstwa po tym jak kupne ziarna nie wykiełkowały, a był to ich cały dobytek.

Niestety, największy poszkodowany, czyli ekosystem, którego różnorodność i delikatna równowaga dostałą na trwałe zakłócona, nie może mówić sam za siebie. Na szczęście, są ludzie, którzy poprzez kultywowanie tradycji przodków, czyli wysiewanie z własnych ziaren i unikanie chemii, są w stanie nam pokazać, co już niedługo możemy utracić bezpowrotnie.

Ziarno niezgody

Po tym filmie ma się dosłownie ochotę chwycić worek ziarna i niczym Boryna obsiać jakieś pole lub też ewentualnie capnąć jakąś motykę i opielić własnoręcznie zagon ziemniaków. Dobrze, że są takie filmy, pokazujące nam skąd bierze się żywność na naszych stołach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *