The The Vanishing of Sidney Hall

Film, choć niewiele o nim wiedziałam i niewiele się spodziewałam, zaintrygował mnie samym trailerem, a w trakcie seansu okazało się, że jest zaskakująco błyskotliwy, oryginalny i klimatyczny. Niby prosta historia, ale opowiedziana z wyczuciem, pełna niuansów i sugestii, no i z umiarem. To jedna z tych fabuł, w którą wchodzi się powoli, z pozoru typowa i nudna, ale po godzinie widz odkrywa, że siedzi na skraju fotela, obgryza paznokcie i czeka co będzie dalej. W dodatku film daje do myślenia i wywołuje ten stan, który jako widzka, lubię najbardziej, czyli poczucie żalu, że to już koniec, wynikające z tego, że tak dobrze poczuliśmy się w przedstawionym na ekranie świecie. A jaki to świat? Przede wszystkim taki, w którym ludzie kochają dobrą literaturę, czyli znów coś w sam raz dla moli książkowych.

Tragedia na przedmieściach

Ta historia rozgrywa się na trzech różnych liniach czasowych i dopiero w finale, gdy uda nam się poskładać wszystkie części układanki, jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć jej sens. Poznajemy jednocześnie trzy wcielenia Sidneya Halla (Logan Lerman), bardzo utalentowanego pisarza, które dzieli odstęp kilku lat. Pierwszy z równoległych planów to czas, w którym Sidney jest uczniem liceum. Wygadany, bezczelny i ekscentryczny młodzieniec pisze bulwersujące wypracowania w ramach zadań domowych i zachwyca innych uczniów pięknymi tekstami do gazetki szkolnej. Wiemy, podobnie jak jeden z jego zaprzyjaźnionych pedagogów, że erupcja literackiego talentu jest w jego przypadku tylko kwestią czasu i to niezbyt długiego. Nieoczekiwanie, w życiu Sidneya wydarzają się dwie najważniejsze rzeczy: ta najlepsza, czyli spotkanie wielkiej miłości o imieniu Melody (Elle Fanning), oraz ta najgorsza, czyli samobójcza śmierć kolegi, z którą (rozumiemy to niejasno) Sidney mógł mieć coś wspólnego.

Na drugiej linii czasowej nasz bohater jest nadal bardzo młodym, ale już szalenie uznanym i popularnym pisarzem, którym zachwycają się nie tylko krytycy, ale i młodzi czytelnicy. Okazuje się, że tragedia kolegi posłużyła mu jako temat do pierwszej powieści, która stała się sensacją jeszcze przed wydaniem. Niestety jednak, nagły sukces nie cieszy Sidneya w najmniejszym stopniu, będąc przyczyną rozpadu jego życia osobistego, a być może i choroby psychicznej.

Trzeci plan czasowy to współczesność, w której Sidney zaginął. Przygnieciony nagłym sukcesem, pewnego dnia postanowił się ulotnić. Po pięciu latach wpada na jego ślad detektyw (Kyle Chandler), który zaczyna łączyć ze sobą dziwne wydarzenia z księgarń i bibliotek. Ktoś wchodzi do tych przybytków sztuk pięknych i wiedzy, zgarnia z półek wybrane tomy i pali je w koszu na śmieci. Palone woluminy są oczywiście autorstwa Sidneya Halla. Detektyw zrobi wszystko by odnaleźć ukrywającego się od pięciu lat powieściopisarza i poznać tajemnicę jego nieoczekiwanego zniknięcia u szczytu sławy.

Piszę, bo muszę

Z samego opisu można podejrzewać, że fabuła nie jest zbyt oryginalna, ale zapewniam, że sposób, w jaki ją przedstawiono, a przede wszystkim wyjątkowy klimat, nadają jej wartości i znaczeń. Moje ulubione fragmenty to te, w których Sidney jest jeszcze uczniem liceum, wiedzącym doskonale jakie jest jego życiowe powołanie. W ogóle cały ten film jest rodzajem hołdu złożonego pisarzom i pisarstwu, a przede wszystkim pisarskim mitom. Sidney licealny to archetyp literackiego samorodnego geniusza, kogoś, kto nie traci czasu na głupoty i dobrze wie jak się stać tym, czym chce być. Urzekły mnie tu takie drobiazgi jak to, że od maleńkości chłopak zapisuje wszystko w swoich dziennikowych zeszytach, że nie uznaje internetu czy komputerów, a pisze tylko na maszynie, a nawet to, jak wygląda jego pokój, z podobiznami pisarzy na ścianach, zamiast muzyków czy aktorów. Zafascynowało mnie to od razu dlatego, że od zawsze jestem przekonana o tym, że tylko tacy ludzie powinni zostawać artystami. Ich dzieła powinny się rodzić oczywiście z pracy nad swoim warsztatem, ze wszystkich tych poświeceń i wysiłków, ale przede wszystkim z wrodzonego talentu, a nawet przymusu by robić to, co robią. Pisarzom, którzy na sucho, akademicko i z pedantycznym wysiłkiem, wykształcili w sobie umiejętność pisania na przykład powieści, nie ufam za grosz i mam wrażenie, że czuć sztuczność i pretensjonalność w tym, co piszą. Sidney jest ich przeciwieństwem, o czym wiedzą czytelnicy, a nawet (jak się przekonamy) inni pisarze, którzy doceniają autentyczność. On nie tylko pisze, ale cały jest swoim pisaniem, co wypada na ekranie bardzo wiarygodnie, a w dodatku umęczone oblicze Logana Lermana dobrze oddaje złożoność uczuć pisarskiego geniusza.

Drugim wielkim pisarskim mitem, do którego odnosi się ten film, jest mit pisarza w drodze, wyrzutka, żyjącego na krawędzi, w wielkiej pielgrzymce w poszukiwaniu sensu. Sidney ma wszystkie rekwizyty pasujące do tego stereotypowego wręcz obrazka, włącznie z brodą, wielkim plecakiem i wiernym psem Homerem, a jednocześnie wnosi tu jakąś nową, świeżą jakość.

Widzom mniej zbzikowanym na punkcie rozmaitych postaci geniuszu, spodoba się zapewne najbardziej wątek miłosny, tchnący świeżością i młodzieńczością. Sidney i Melody to jedna z bardziej uroczych ekranowych par, jakie ostatnio widziałam. Polubiłam ich razem od razu dlatego, że oboje podeszli do swojego spotkania i związku bardzo literacko, jakby od początku wiedzieli, że ,,oto jest ten moment, w którym tworzymy naszą legendę”. Ciekawie to wyszło, mimo że Melody gra ten wielki śpioch Elle Fanning.

Dużo by można jeszcze napisać o tej w sumie skromnej historii (o paranoi Sidneya, jego rodzicach, czy o koledze samobójcy), ale lepiej sami się przekonajcie, co w niej takiego jest. Zapewniam, że warto poświecić półtora godzinki. Zwykle tego nie robię, ale już teraz wiem, że jeszcze kilka razy obejrzę ten film, zwyczajnie z niedosytu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *