Świętsze od aniołów

Nie jest to film dla każdego. Jeśli drażnią was filmy o wyraźnych artystycznych ambicjach, bez konkretnej linii fabularnej, czy bez wielu dialogów, możecie być seansem bardzo rozczarowani. Jeżeli jednak liczycie na wiele poetyckich doznań, intrygujące czarno-białe zdjęcia i opowieść, która zmieniła losy świata, choć wcale się na to nie zapowiadało, to Świętsze od aniołów Wam się spodobają. Przed rozpoczęciem oglądania szczerze radzę zapoznanie się, choćby pobieżne, z biografią Abrahama Lincolna. Jak już się zapewne zorientowaliście, choćby dzięki amerykańskim filmom, mieszkańcy USA traktują tę postać z największą czcią, a ten film jest kolejnym ze sposobów wyrażenia podziwu dla wielkiego męża stanu oraz dwóch kobiet, które sprawiły, że był tym kim był.

Matki boskie amerykańskie

Trafiamy oto do lasów Indiany, do których siedmioletni Abraham przeprowadził się niedawno wraz z rodziną. Mamy rok 1817, domek w totalnej głuszy na skraju cywilizacji i biedną, pięcioosobową rodzinę Lincolnów, zaczynających życie od nowa. Do wnętrza ich świata wprowadza nas kuzyn przyszłego prezydenta, który się z nim wychowywał i który po latach wspomina z jak niezwykłym człowiekiem miał do czynienia.

Tytułowe świętsze od aniołów to dwie kobiety, opiekujące się małym Abe’em (Braydon Denney). Pierwszą była oczywiście matka. Nancy Lincoln (Brit Marling) to ciepła, spokojna, uduchowiona kobieta, kochająca dzieci całym sercem i umiejąca radzić sobie z ich nieco szorstkim ojcem (w roli Toma Lincolna Jason Clarke). Drugą jest Nancy (Diane Kruger) macocha małego Abrahama, która zajmuje miejsce jego matki po tym jak ta umiera na skutek gwałtownej choroby. Nancy, choć nieco bardziej pedantyczna i powściągliwa, również jest uosobieniem kobiecych cnót, a dla pasierba staje się bardziej przyjaciółką i towarzyszką spacerów niż macochą. Oglądając ten film, nie można mieć wątpliwości, że ktoś, kogo wychowywały takie anioły, musiał wyrosnąć na niezwykłego człowieka.

Sam Abraham jest równie anielski co matki, choć na początku można mieć co do tego pewne wątpliwości. Kuzyn i ojciec zwracają uwagę na jego dziwne milczenie i nienaturalne w tej rodzinie umiłowanie książek, ale szybko okazuje się, że chłopiec wcale nie ma problemów psychicznych, tylko jest nadzwyczajnie inteligentny, wrażliwy i dociekliwy, a Bóg obdarzył go silnym poczuciem sprawiedliwości i chęcią chronienia bliźnich za wszelką cenę.

The Better Angels

Dziewiętnastowieczny Jezus

Już na początku filmu od razu rzuca się w oczy zamiar filmowców, którzy wyraźnie stylizują swoją opowieść na jakiś dziwny ewangeliczny apokryf (a według mnie to zaleta i największa siła filmu). Już od momentu swojej śmierci w Wielki Piątek, a także za sprawą wiekopomnych czynów, za które cały amerykański naród jest mu wdzięczny, Lincoln był uważany za Chrystusa swojego narodu i w tym filmie to widać. Anielskie matki, ojciec cieśla i aura niezwykłości wokół głowy małego chłopca. Niby banał, ale jest to tu przedstawione w tak niezwykły sposób, że jesteśmy w stanie uwierzyć we właśnie takie ujęcie wczesnych lat ojca narodu.

Diane Kruger

Ojciec Abe’a jest purytaninem i oczywiście wiele mówi się w tym filmie o Bogu, jednak prawdziwa metafizyka jest gdzie indziej. To tajemnicza i groźna przyroda nadaje głębi każdemu wypowiadanemu słowu oraz bardzo długim chwilom milczenia. Potężne drzewa, dzikie rzeki i wspaniałe zwierzęta to prawdziwa księga, z której uczył się życia młody Lincoln, choć wcale nie było łatwo.

Powiedzieć, że warunki życia filmowej rodziny są spartańskie to nic nie powiedzieć. Wszyscy gnieżdżą się w jednoizbowej chatce z bali, wybudowanej na leśnej polanie. Bez prądu, gazu, bieżącej wody czy innych rozleniwiających ludzkość fanaberii, Lincolnowie zdani są na wodę w studni, płody ziemi, pomoc kilku zwierząt gospodarskich i to, co uda im się upolować w lesie. Ich codzienna egzystencja ma w sobie coś szalenie szlachetnego, wręcz heroicznego. Naprawdę są jak święta rodzina, w której każdy doskonale zna swoją rolę. Na mnie największe wrażenie wywarł nie mały Abe, ale jego rodzice, a potem opiekunka. To jak męski pierwiastek reprezentowany przez ojca, subtelnie się uzupełnia z kobiecą miękkością matki jest niesamowite. Ta historia zyskuje naprawdę dużo uroku dzięki udziałowi Brit Marling, jak zwykle naturalnej, ciepłej, ale też trochę niezwykłej, obdarzonej szóstym zmysłem.

Oglądając Świętsze od aniołów miałam najrozmaitsze skojarzenia. O dziwo, wciągnęła mnie ta opowieść, choć zazwyczaj nie lubię zachwytów Amerykanów nad ich własną historią. W tym przypadku mój opór zniknął zupełnie, za to cały czas miałam dziwnie przyjemne uczucie cofania się w czasie do niezwykle ważnych momentów w dziejach. Patrzy się na to surowe piękno tak, jakby oglądało się własny sen o powrocie do dzieciństwa. Jest tu cały zachwyt i ból małego chłopca, a nawet dziecięce okrucieństwo wobec zwierząt (psa i żółwia bardzo żal). Każdy moment jest doniosły, każda sekunda jest ciężka od znaczeń, a słów pada tak niewiele. Oprócz świadomości, że oto oglądamy bardzo realistycznie oddane dzieciństwo wielkiego męża stanu, towarzyszy nam też melancholijne przeczucie, że za chwilę tego świata z ekranu, tych wszystkich dziewiczych lasów, już nie będzie.

Dużym atutem Świętszych od aniołów są moim również zdaniem kręcone często z dołu (jakby z dziecięcej perspektywy), czarno-białe zdjęcia. Długo zadawałam sobie pytanie, czemu miał służyć taki zabieg, aż doszłam do wniosku, że tak pięknych zdjęć przyrody w kolorze już byśmy zwyczajnie nie znieśli. Każda opowieść musiałaby zejść na dalszy plan przy tych barwach. No i dzięki ograniczeniu się do czerni, bieli i zalewu słonecznego światła, film jest jeszcze bardziej oszczędny, surowy i wymowny, niżby na to wskazywały same spartańskie plenery. Świętsze od aniołów to doskonałe uzupełnienie wysokobudżetowego Lincolna Stevena Spielberga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *