Z dala od zgiełku

Powieść Thomasa Hardy’ego miała już swoją wielką ekranizację w 1967 roku, a tegoroczna próba filmowa raczej nie przyćmi blasku hitu sprzed lat. Jeśli romanse historyczne kojarzą się wam z paniami w gorsetach i powłóczystych sukniach, sztywnymi zalotami, pięknymi widokami i stylowymi wnętrzami, to dostaniecie najbardziej typową produkcję tego rodzaju. Wielkie namiętności niestety toną w tej dwugodzinnej dłużyźnie. Osobiście nic mnie tu głębiej nie poruszyło, nic poza zdjęciami widoków i zwierząt nie zrobiło większego wrażenia i w sumie wolałabym chyba czytać powieść Hardy’ego przez tydzień niż choćby przez jeszcze kilka minut patrzeć na zbolałe i kwaśne miny Carey Mulligan i jej kompanów. Naprawdę nic specjalnego i można sobie darować ten seans.

Bathsheba i zalotnicy

Gdy poznajemy młodziutką Bathshebę (Mulligan), jest ona tylko ubogą panną, pomagającą ciotce w pracach rolniczych na farmie, gdzieś na angielskiej prowincji. Nie wiele o niej wiemy, poza tym, że jest bardzo samodzielna, niezależna i niepokorna. Dni upływają jej tu na dłubaniu w ziemi, konnej jeździe i zaprzyjaźnianiu się z postawnym farmerem z sąsiedniego gospodarstwa. Niestety, z zadziwiająco wydumanych powodów, gdy farmer Oak (Matthias Schoenaerts) postanawia się oświadczyć, zostaje odrzucony. Nieoczekiwane zmiany losu sprawiają, że wkrótce opuszcza on swoją farmę, ale już niedługo losy tych dwoje znów się łączą. Gdy do tego dochodzi, to on jest biedakiem bez grosza, a tymczasem Bathsheba stała się zamożną dziedziczką sporego kawałka ziemi, na którym Oak będzie wypasał owce.Film Far From The Madding Crowd

Oprócz dość oryginalnych relacji z pasterzem, Bathsheba nawiązuje także przyjaźń z posiadaczem ziemskim Williamem Boldwoodem (Michael Sheen) oraz z urokliwym sierżantem Troyem (Tom Sturridge) i oczywiście obaj się jej oświadczają. W końcu nawet pada na jednego, ale w żadnym razie nie jest to koniec tych dość pogmatwanych, choć beznamiętnie ukazanych, emocjonalnych zawirowań. Wbrew temu, co można by sądzić o sielskiej angielskiej prowincji, życie uczuciowe buzowało tam na całego.

Może wydawać się wam, że niepotrzebnie streszczam fabułę, ale doszłam do wniosku, że to konieczne po tym, jak zobaczyłam w jednym z opisów filmu, iż opowiada on o młodej dziedziczce, która ma romanse aż z trzema mężczyznami (gdyby tak było w rzeczywistości to zapewne Z dala od zgiełku byłoby znacznie bardziej pasjonującą opowieścią niż jest). Zdziwiło mnie to bardzo i raczej nie tylko mnie, bo to wszak XIX wiek, w którym przyzwoitej angielskiej panience, nawet nie zamożnej arystokratce, zwyczajnie nie wypadało mieć ,,romansów” a nawet lepiej by nie widziano ją choćby sam na sam z mężczyzną, który nie był członkiem najbliższej rodziny. Hardy to nie E.L. James i nie ma co liczyć na soczyste momenty.

Nuda, ale można obejrzeć dla widoczków

Zazwyczaj wielkie adaptacje historyczne wleką się i nudzą ogromnie przez to, że zawarto w nich zbyt wiele szczegółów, są słabo skomponowane przez to, że scenarzyści nie umieli podjąć trafnej decyzji, co do tego ile wyciąć z oryginalnego tekstu. Z dala od zgiełku nudzi i męczy z wprost odwrotnej przyczyny. Opowiedziane jest to tak oszczędnie, że aż niewiarygodnie. Charaktery głównych postaci nie są nawet zarysowane, a jedynie ledwo maźnięte. Wiemy, że Bathsheba jest niezależna i uparta, Boldwood jest nudny acz solidny, Troy ma fantazję i urok (i niestety wąsa na prawdopodobnie bardzo przystojnej twarzy), a Oak jest rycerzem w łachmanach. Nie ma w tym głębi, niczego za co można by postaci polubić lub znienawidzić, bo w sumie nic nas nie obchodzą. W dodatku fabuła jest do bólu przewidywalna. Wiadomo jaki będzie koniec już po pięciu minutach, co niekoniecznie musiałoby być wadą. Gdyby prowadzono tę narrację ciekawiej, droga z punktu A do punktu B nie byłaby tak mozolna i ciężka dla widza. Zapewniam, że uwielbiam tego rodzaju produkcje kostiumowe, ale nawet mnie ciężko było wysiedzieć te dwie godziny. Poza pięknymi widokami angielskiej wsi i uroczymi zwierzakami (dramat psich George’ów i owcze zabiegi) nie znalazłam tu dla siebie niczego interesującego. Oczywiście, jak zwykle w takich przypadkach, jestem też skłonna obwiniać drewnianą ekipę aktorską. Starczo skurczona, kwaśna i spięta Mulligan jakoś niezbyt pasuje do roli wioskowej piękności. Stara-maleńka mogłaby być co najwyżej brzydszą kuzynką naprawdę charyzmatycznej aktorki obsadzonej w roli Bathsheby. Jej zalotnicy także pozostawili mnie zupełnie obojętną, no może poza Troyem, który mógłby być naprawdę fascynująco antypatycznym bohaterem, z gatunku tych, których kochamy nienawidzić, oczywiście gdyby jego charakter narysowano bardziej zdecydowaną, wyraźną kreską.

FAR FROM THE MADDING CROWD (2015)

Zdecydowanie radzę by zamiast iść na Z dala od zgiełku do kina, obejrzeć wcześniejszą adaptację sprzed dekad, albo lepiej przeczytać powieść. To was mniej zaboli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *