Stan kryzysowy (Crisis)

Nie wiem jak to możliwe, ale w tym serialu absolutnie wszystko jest nie tak, a w efekcie oglądanie go skutkuje poważnym bólem oczu i rozsadzaniem mózgu z powodu frustracji i rozczarowana. Już odkąd obejrzałam pierwszy odcinek, podobnie jak tysiące widzów na całym świecie, zadaję sobie pytanie o to, co taka utalentowana artystka jak Gillian Anderson robi w ogóle w takiej szmirze. Ktoś powinien ją uratować. Reszcie aktorów nie współczuję, ponieważ mam przeczucie, że ktoś z premedytacją zebrał w jednym Stanie kryzysowym grupę najbardziej nijakich, najmniej utalentowanych i irytujących ludzi, jakimi dysponuje amerykański przemysł filmowy.

Zamysł był świetny, a gdyby za realizację zabrał się ktoś kompetentny (Netflix, BBC!), to mogło wyjść serialowe arcydzieło. Fabuła opiera się na nagłych, niby zaskakujących zwrotach akcji, towarzyszących wyjątkowej sytuacji. Oto stała się rzecz straszliwa, ponieważ ktoś porwał szkolny autobus, w którym znajdował się bezcenny syn samego prezydenta USA. Samo to już trudno sobie wyobrazić, ale to nie wszystko. Wraz z chłopakiem, w busie było również wiele nastoletnich latorośli najważniejszych ludzi przebywających w Stanach, oraz para na pozór zwyczajnych gówniarzy z uboższych rodzin. Od razu sobie myślimy, że to tak dla okupu, ale nie. Bez większych ceregieli filmowcy ujawniają, że to ojciec ubogiej myszki porwał ją i to prawdopodobnie z powodu prozaicznej chęci odbudowania więzi z córką. A że tata-psychopata (Dermont Mulroney) był wcześniej rządowym agentem, to niestety zna się na rzeczy. Facet dysponuje nie tylko grupą profesjonalistów – kryminalistów gotowych na wszystko, ale także mego groźnym kajecikiem, w którym zapisał ze szczegółami swój podstępny plan. Kolejne etapy jego zagrywki składają się na kolejne epizody tego ,,pasjonującego” serialu. Oszczędzę wam fatygi i od razu powiem, że wszystko sprowadza się do banalnego szantażu rodziców porwanych nastolatków, którzy są gotowi na wszystko by ratować swoje pociechy.

Jak już napisałam, wszystko tu jest złe, ale najgorsze są chyba zbiegi okoliczności. No ja wiem, że to fikcja i tak dalej, ale dajcie spokój! Żeby matką jednej z porwanej była obrzydliwie zamożną i wpływową bizneswomen (Gillian Anderson), a jej ,,ciotką” (siostrą ,,matki”) agentka zajmująca się najważniejszym porwaniem ever. Do tego niestety w roli agentki występuje tu pamiętana z 666 Park Avenue Rachel Taylor (ta od medalionu), która jest od jakiegoś czasu gwarantem tego, że serial, w którym występuje szybko zniknie z ekranów (i miejmy nadzieję, że tak się stanie i tym razem). Aktorka niby jest ładna, a jednak coś jest tu nie tak. Może to sposób w jaki mówi, może pewna asymetria twarzy, a może drewniane ruchy, ale jedno jest pewne – oglądanie jej nie należy do przyjemności.

Jakby mało było wam tego co już napisałam, dodam jeszcze może, że sporo scen rozgrywa się w Stanie kryzysowym pomiędzy porwanymi dzieciakami, więc niestety nie omija nas ani duża dawka nastoletnich dramatów w amerykańskim stylu (wszystko tu jest takie amerykańskie, że aż boli!), ani też straszne aktorstwo początkujących artystów.

Widzom nie pozostaje chyba nic innego jak przeczekać ten Stan kryzysowy i pocieszać się nadzieją, że wkrótce zniknie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *