Wojna i pokój

Ostatnio bardzo zdziwiła mnie informacja, że Wojna i pokój Lwa Tołstoja jest jedną z dwudziestu pięciu książek, na temat których Brytyjczycy kłamią najczęściej, że je przeczytali. Z jednej strony wypada się zżymać, że ta znakomita powieść nie jest już tak pociągająca dla współczesnego czytelnika, jak to było jeszcze kilkadziesiąt lat temu, a z drugiej strony ten ranking pokazuje, że przynajmniej ludzie zdają sobie sprawę z tego, ze twórczość Tołstoja wypada znać. Osobiście należę do tych osób, które Wojnę i pokój przeczytały od deski do deski, ale w tak młodym wieku, że zapewne wiele spraw zrozumiałam na opak. Dlatego też bardzo mnie ucieszyło to, że brytyjska telewizja zabrała się za kręcenie serialu. Jest okazja by sobie przypomnieć fabułę i uporządkować zawarte w niej idee. Oczywiście niektórzy mogą się śmiać z pomysłu, by Anglicy brali się za rosyjską świętość kulturową, lub, że po wersji z 1956 roku, w której Nataszę Rostową zagrała sama Audrey Hepburn, każda następna adaptacja i każda kolejna aktorka odgrywająca tę rolę, są skazane na porażkę. Ja tak nie uważam i co tydzień podczas pochłaniania kolejnego odcinka wzdycham z zachwytu, że oto mamy Wojnę i pokój nowej generacji, taką która może i nie oddaje złożoności dzieła Tołstoja, ale która jest świeżą i oryginalną produkcją kierowaną do młodych widzów, mogących się utożsamić z pięknymi i bogatymi arystokratami.

Sielanka młodości i koszmar wojny

Fabuła serialu w harmonijny sposób łączy wątki związane z życiem czterech arystokratycznych rodów, czyli Bezuchowów, Kuraginów, Bołkońskich i Rostowów. Mamy akurat początek wojen napoleońskich, które są wielkim trzęsieniem ziemi dla starego porządku świata. Dziewczęta i chłopcy (a także ich rodzice i przyjaciele), którzy do niedawna zapełniali swoje próżniacze dni miłostkami, flirtami, planami matrymonialnymi, hulankami i kolejnymi pomysłami na zagospodarowanie swoich rozległych włości, muszą teraz zająć się znacznie poważniejszymi sprawami. Panowie jadą na wojnę, na której dzielnie walczą, odnoszą rany lub giną, a ich piękne ukochane, czekają w domu, gdzie przychodzi im stawić czoła rozmaitym pokusom.

Wojna i pokój

Choć jest tu ogromna liczba pierwszo i drugoplanowych postaci, jak każdy mam swoich ulubieńców. Największą sympatią darzę Piotra Bezuchowa (Paul Dano), nieślubnego syna potężnego i na szczęście bardzo starego ojca, który szybko umiera, zostawiając Pierre’owi ogromny majątek. Chłopak szybko daje się wciągnąć w bardzo nieciekawe małżeństwo z demonem seksu Heleną Kuragin (Tuppence Middleton), co szybko kończy się prawdziwą katastrofą. Nie traci jednak swego specyficznego charakteru. Pierre jest bardzo wrażliwym, dobrym i filozoficznie nastawionym do życia młodzieńcem, który we wszystkim szuka sensu i właściwej drogi dla siebie. Na pewnym etapie zostaje nawet masonem. W serialowym wydaniu tej postaci urzekły mnie szczególnie dwie rzeczy: po pierwsze Pierre’a gra niezwykle utalentowany Paul Dano, który jest znakomity jako taki gapcio roztropek, a po drugie jedną z pierwszych scen z udziałem tej postaci jest zakradanie się do szlacheckiej rezydencji przyjaciół od podwórza, na którym wygrzewają się świnki. I Pierre do świnek zagaduje i je głaszcze, co lepiej niż jakiekolwiek późniejsze słowa i czyny, pokazuje jego prawdziwy charakter. Wspaniale skroili tę postać w serialu. Można się śmiać, że Brytyjczycy robią Rosjan, ale trzeba przyznać, że wyczucie to oni mają.

Moją drugą ulubioną postacią jest oczywiście przyjaźniąca się z Pierre’m Natasza, którą gra Lily James. Darzę ją sympatią zwyczajnie na przekór legendzie Audrey Hepburn, z którą ani pod względem urody, ani talentu, James nie może się równać (nie jej wina, niewiele aktorek może), ale stara się bardzo i jest jak trzeba urocza i dziewczęca. Oczywiście bardzo pomagają fantastyczne kostiumy, w których paraduje. Zapewniam, że każda z widzek będzie wzdychać za powrotem takiej mody.

Niezamierzone akcenty humorystyczne

Serial ma naprawdę epicki rozmach i widać, że nie pożałowano pieniędzy na jego realizację. Wraz z bohaterami gościmy na wspaniałych i pełnych przepychu balach, proszonych kolacjach czy kuligach. Trafiamy także na pola bitewne rozsiane po całej Europie, gdzie niemal patrzymy przez ramię Napoleonowi i Kutuzowowi. Wieloma momentami można się tu mocno emocjonować, ale jest też kilka takich aspektów Wojny i pokoju, które mogą wzbudzać w nas szczere rozbawienie i nie mówię o niezdarnych próbach sprzedania dzieci/wyswatania ich jak najdrożej przez hrabinę Rostową (znakomita Greta Scacchi). Chodzi mi oczywiście o warstwę językową. Mamy oto Rosjan mówiących po angielsku z bezbłędnym akcentem (nie jak Hardy w Child 44), ale już śpiewających ludowe piosenki po rosyjsku, ale w tak dziwaczny sposób, że nie sposób ich zrozumieć. No i są jeszcze Francuzi, którzy mówią po angielsku z niby francuskim akcentem, zamiast jak większość bohaterów Tołstoja, mówić po francusku, który był w XIX wieku językiem elit (z powodu przypisów powieść nie czyta się wcale tak łatwo). Kolejnym powodem do pojawiania się złośliwego uśmieszku na mojej twarzy jest dobór aktorów do ról książąt, hrabiów i wszelkiej maści amantów. Dołochow (Tom Burke), Bołkoński (James Norton) i o zgrozo Kuragin (Callum Turner) prezentują oblicza mało rasowe i nie mające nic wspólnego ze szlachetną symetrią rysów powieściowych przystojniaków. Normalnie można odnieść wrażenie, że ktoś komuś zrobił brzydki żart podczas castingu, albo, że Brytyjczycy wnioskują co do tego, jak wyglądać powinien przystojny Rosjanin, tylko na podstawie zdjęć Putina.

Mimo wszystko Wojnę i pokój polecam, nawet (a może zwłaszcza) tym, którzy nie znają literackiego oryginału czy poprzednich adaptacji. Serial znakomicie broni się sam i dostarcza naprawdę wielu wrażeń.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *