Hannibal – moje narzekania po finale trzeciej serii (spoilery)

Podejrzewam, że do tego momentu dotrwali tylko najbardziej odporni fani serialu. O ile poprzednia seria jakoś się jeszcze trzymała kupy, dostawaliśmy to co tak pokochaliśmy w Hannibalu na początku, o tyle trzecia odsłona to już zupełny niewypał. Najbardziej rozczarowała mnie ziejąca z większości scen koszmarna nuda, zupełny brak logiki, mętne dialogi oraz teatralna drętwota. Nie mogę także zapomnieć o dziwnej kompozycji serii, która dzieli się jakby na dwa osobne bloki, czyli Hannibal we Florencji i Hannibal uwięziony. Zapewne wśród rezygnujących z oglądania serialu, największa fala przypadła na tych, którzy myśleli zwyczajnie, że przygoda się skończyła, gdy kanibal się poddał. No, ale najgorszy był oczywiście finał. Nudne i wlokące się jak zły sen perypetie Czerwonego Smoka (który naprawdę nie był na tyle ciekawy by poświęcać mu tyle odcinków) zakończyły się, podobnie jak poprzednia seria, irytującym otwartym zakończeniem, co osobiście odbieram jako przejaw desperacji twórców, liczących na to, że może jeszcze ktoś zgodzi się przygarnąć czwartą serię, a wtedy wskrzesi się kogo tylko będzie można. Zasada jest tu prosta: jeśli, biedny widzu, nie widziałeś jak zwłoki bohatera są mielone w maszynce i podane w formie absolutnie nienadającego się do reanimacji dania mięsnego, to prawdopodobnie ta postać wróci do ciebie za rok.

Pod koniec trzeciego sezonu Hannibal był już kimś zupełnie innym i oferował zupełnie inne widowisko niż na początku. Koniec z bajecznie pięknym gotowaniem wykwintnych potraw. Wegetarianie na całym świcie mogą znów poczuć się bezpieczni od zmysłowych pokus. Koniec też z ukrywaniem swych prawdziwych intencji, z wyrafinowanym stylem życia i pozorami jakiejkolwiek normalności. Co zamiast tego? Cóż, dużo czarnej krwi rozchlapującej się w widowiskowe wzory, sporo miłosnych wyznać natury homoerotycznej (finał to już normalnie homoerotyczna telenowela; co prawda nie mam nic do alternatywnych modeli związków czy rodzin, ale w Hannibalu tylko jednopłciowe pary łączą trwałe więzi) oraz szaleństwo wykluczające jakąkolwiek logikę.

I wreszcie nadszedł sezon, z którego zrozumiałam nie więcej niż z kilkunastu wcześniejszych odcinków. Może ktoś wie i mi powie, jakim cudem biedny Will jeszcze chodzi po świcie, skoro utoczono z niego już tyle krwi? Wytrzymałość tego niepokaźnego mężczyzny jest wprost zdumiewająca, podobnie jak jego zdolność do wybaczania Hannibalowi największych zbrodni. Czy chociaż sam kanibal-kuchmistrz rozumie w ogóle, w co gra z ukochanym przyjacielem? Czy ktoś w ogóle pisze im te dialogi, czy stają naprzeciwko siebie i improwizują cokolwiek co brzmi pseudonaukowo i głęboko (Hannibal nowym Coelho! ,,Złote myśli o przyjaźni i sensie życia” by H. Lecter sprzedawałyby się w księgarniach jak ciepłe bułeczki). Najlepiej jednak zaprezentowała się Bedelia, która zamiast czekać aż Hannibal przyjdzie ją zjeść, sama zaimprowizowała kolację ze zgrabnej nóżki. A myślałam, że ciężarna maciorka to była przesada. Normalnie słów brak.

Jedynym pozytywnym aspektem jakiego mogę się dopatrzeć w tym widowisku, jest zesmolenie i warg pozbawienie Frederica. Należało mu się za bycie upierdliwym cwaniakiem. Niestety jednak nawet to popsuto. Moment, w którym Hannibal wsiupnął wargę doktorka trąci niezamierzonym komizmem, a chyba nie o to chodziło.

Gillian Anderson

Podsumowując po uczniowsku, muszę stwierdzić, że szkoda mi tych dziesiątek godzin jakie poświeciłam na oglądanie tego mętnego, parapsychologicznego widowiska o ckliwej miłości dwóch przystojnych mężczyzn.

One thought on “Hannibal – moje narzekania po finale trzeciej serii (spoilery)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *