Split

Prawdopodobnie jestem ostatnią osobą, która obejrzała Split, ale co mi tam. Uwielbiam filmy, których bohaterowie cierpią na rozdwojenie osobowości, bo z jednej strony fabuły z ich udziałem bogate są w liczne niespodzianki (najlepiej jest tak jak w Fight Clubie, gdzie na samym końcu dowiadujemy się co i jak), a z drugiej to znakomita okazja dla dobrego aktora by popisał się talentem przy kolejnych przejściach od jednej osobowości do drugiej. No i taki właśnie jest Split, zaskakujący i dobrze zagrany. Naprawdę godziwa rozrywka. Do tego jeszcze otrzymujemy intrygującą scenę końcową, która pokazuje, że oglądaliśmy zupełnie nie to, co myśleliśmy, że oglądamy.

Podwójnie chory Kevin

Kevin Wendell Crumb (James McAvoy) ma w życiu przechlapane. Nie dość, że cierpi na dysocjacyjne zaburzenia tożsamości, a jego osobowość rozszczepiła się na dwudziestu trzech ciekawych osobników różnej płci i wieku, to w dodatku jedno z jego wcieleń, Dennis, jest agresywnym psychopatą porywającym nastolatki. No jak pech, to pech. Do niedawna Kevin, dzięki sporej pomocy swojej terapeutki dr Fletcher (Betty Buckley), miał wszystko pod kontrolą. Mężczyzna panował nad pasażerami w swojej głowie, porównując sytuację do siedzenia z nimi na krzesłach w jednym pokoju i oddawania głosu tylko tym, którzy się dobrze zachowują. Niestety, na skutek pewnego incydentu w pracy (bo Kevin, mimo choroby, pracuje) do głosu i władzy dorwał się niegrzeczny Dennis. Szaleniec porywa trzy nastolatki, więzi jej w dziwnym podziemnym labiryncie nie wiadomo gdzie i szykuje się do krwawego rytuału, w którym ma wziąć udział zbliżająca się już do niego tajemnicza Bestia. Przeszkodzić Dennisowi mogą tylko pozostałe osobowości, które dochodzą do głosu kiedy on śpi i wysyłają maile do pani doktor, prosząc o pomoc. No i nie wszystkie trzy dziewczyny trzymane w zamknięciu są tak samo głupie i naiwne jak oprawca mógł przypuszczać. Jest wśród nich zbuntowana Casey (Anya Taylor Joy), przy której pozostałe dwie dziewczyny to jakieś cukierkowe puste lale. Nastolatka przeszła w życiu już tyle, że nie da się łatwo zastraszyć byle psycholowi. Zamiast piszczeć i się kulić ze strachu, od razu zaczyna kombinować, co całkiem nieźle jej wychodzi.

W filmie prowadzone są równolegle dwa wątki – Kevina/Dennisa i reszty oraz Casey. Pod tym względem nie jest to typowy film o oprawcy i jego więzionych ofiarach, nie ma tu wielkiej tajemnicy kto i dlaczego pastwi się nad ofiarą, choć niespodzianek innego rodzaju nie brakuje. Śledzimy jednocześnie poczynania licznych wcieleń Kevina, dzięki psycholog dochodząc do tego, dlaczego w ogóle jego psychika się rozszczepiła, a z drugiej strony mamy Casey i jej mroczną przeszłość pokazywaną na raty w wielu retrospektywach. Napięcie kumuluje się stopniowo, ale nieuchronnie, by w finale mogło dojść do pewnego rodzaju równowagi mroku między katem a jego ofiarą. Dynamika między chorym mężczyzną a nastolatką po przejściach jest tu naprawdę ciekawa.

Choroba jako ewolucyjny potencjał

Bardzo intrygujące jest przesłanie filmu, wygłaszane ustami dr Fletcher. Psycholożka widzi w chorych z mnogą osobowością ewolucyjny potencjał ludzkości. Podobno to, że każda z osobowości ma nie tylko inne cechy psychiczne, ale i fizyczne (jedna cierpi na cukrzycę, inna może być ślepa, jeszcze inna dysponuje ogromną siłą fizyczną, zupełnie odbiegająca od możliwości pozostałych alter ego) jest dowodem na to, czym jeszcze możemy się stać i że nasz umysł ma ogromny potencjał wpływania na ciało. Oczywiście, każdy, kto ma odrobinę zdrowego rozsądku pojmie w mig, że ma to z prawdziwymi naukowymi faktami niewiele wspólnego, jednak jako naukowa fikcja taki pomysł ciekawie się prezentuje na ekranie i działa na wyobraźnię.

M. Noght Shyamalan znany jest ze swoich mrocznych thrillerów, w których nie brakuje fabularnych zwrotów, a widz siedzi w napięciu jak na szpilkach, niepewny co przyniosą kolejne minuty. Oczywiście Split nie jest kolejnym Szóstym zmysłem, ani nawet Osadą, ale i tak nie raz zdarzyło mi się podskoczyć na siedzeniu (i tylko raz z radości na widok wygibasów McAvoya). I tu przechodzimy do aktorstwa, a raczej do jednej aktorki. Mówiąc bardzo oględnie, Anya Taylor Joy nie zachwyca. Aktorka obdarzona bardzo wyrazistą twarzą i żywą mimiką, nie do końca potrafi wykorzystać swoje warunki. Jej postać, zadziorna Casey, jest niestety w moim odbiorze najsłabszym ogniwem tego mrocznego show. Długie zbliżenia na jej twarz (za dużo ich tu!) były bardzo irytujące. Spowalniały akcję i obniżały napięcie przez to, że młoda gwiazda poszła w ckliwe i rzewne grymasy. Za to James McAvoy ma tu najlepszą zabawę w życiu. Przyznam, że do niedawna nie lubiłam za bardzo tego aktora o poczciwej, chłopięcej twarzy. Zmieniłam zdanie dopiero po Transie, w którym pokazał swoją ciemną stronę. W Splicie zaszalał na całego i choć momentami przeszarżował (Mrs Particia) to jednak z przyjemnością się go oglądało. Raz jest zniewieściałym projektantem damskich strojów, zaraz potem zimnym oprawcą, a później znów naiwnym sepleniącym chłopcem. Osobiście byłam zdziwiona, że aż tyle można zrobić z tak nieciekawą twarzą. A jeśli ktoś, tak jak ja ostatnio, miałby jakieś wątpliwości co do talentu McAvoya, to zapewniam, że znikną one przy scenie tańca małego Hedwiga. Ten największy na świecie fan Kanye Westa wyczynia z ciałem niesamowite rzeczy i choć to tylko kilka chwil, ośmielę się twierdzić na ich podstawie, że McAvoy byłby jeszcze lepszym tancerzem/performerem niż aktorem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *