Pomiń zawartość →

Wielkie kłamstewka

Oglądam ten serial wytrwale, cały czas czekając kiedy spłynie na mnie ten zachwyt, będący udziałem tak wielu widzów. Wszyscy są pod urokiem opowieści o bogatych i pięknych kobietach mających brzydkie sekrety, ale ja zwyczajnie tego nie czuję. Owszem, serial jest bardzo dobrze zrealizowany, połowa budżetu poszła pewnie na gaże wielkich gwiazd, nie grających zwykle w serialach, a o soundtracku liczni odbiorcy i krytycy piszą, że jest wprost genialny, ale jak dla mnie to się zwyczajnie nie skleja w całość. Coś tu nie gra i nie mam na myśli tylko martwej twarzy Nicole Kidman.

Miks opery mydlanej i kryminału

Nie bez powodu większości z nas Wielkie kłamstewka kojarzą się z Gotowymi na wszystko. Fabuła serialu HBO opowiada o trzech bogatych białych Amerykankach w średnim wieku (czy wypada jeszcze pisać, że ktoś jest w średnim wieku?) mieszkających w kalifornijskim Monterey. Na pozór te kobiety mają wszystko: piękne rezydencje nad samym oceanem, zasobne konta, udane dzieci i mnóstwo wolnego czasu. Celeste (Nicole Kidman) porzuciła karierę prawniczą by wychowywać swoich blond bliźniaków i dogadzać mężowi Perry’emu (Alexander Skarsgård). Madeline (Reese Witherspoon) z nudów zajmuje się amatorskim teatrem, tak w przerwach między wieczorami z drugim mężem, kłótniami z pierwszym i podwożeniem córek do szkoły. Renata (Laura Dern, moja ulubiona postać) to twarda i oschła bizneswomen, która niczego nie musi zawdzięczać małżonkowi, jest zdecydowana, silna i po męsku nerwowa, jak mogłyby powiedzieć jej przyjaciółki. Wszystkie trzy panie łączy nie tylko podobny status majątkowy, ale też posiadanie dzieci w tym samym wieku, chodzących do tej samej szkoły. Przez lata to specyficzne trio ustaliło dynamikę swoich relacji na poziomie gwarantującym pokojowe przetrwanie. Niestety, wraz z pojawieniem się w tym „przyjacielskim gronie” nowej mamuśki, Jane (Shailene Woodley), rozpoczyna się ostra walka pomiędzy paniami. A zaczyna się od tego, że syn Jane, Ziggy (Iain Armitage) zostaje posądzony o znęcanie się nad córką Renaty. Część matek staje w obronie chłopca, część murem stoi za Renatą. Każda strona ma wiele zgromadzonych przez lata urazów i chętnie wykorzysta je teraz jako paliwo do zemsty. Biedna Jane (nie tak dojrzała i nie tak zamożna jak nowe przyjaciółki) staje się pionkiem w brudnej grze psychologicznej znudzonych matek.

Wbrew temu, co na początku moglibyśmy myśleć, nie będzie tu tylko babsko-romansowych klimatów. Towarzyskie rozgrywki będą miały jak najbardziej realne, krwawe zakończenie, gdyż już w pierwszym odcinku okazuje się, że ktoś komuś coś zrobił. Całe Monterey jest zszokowane, ale do ostatniego odcinka zapewne nie dowiemy się czym. I tu przechodzimy do tego, jak ta historia jest zbudowana.

Niepotrzebne udziwnienia

Ta fabuła ma wiele płaszczyzn, co może się niektórym podobać, bo dzięki temu poznajemy naszych bohaterów z wielu różnych punktów widzenia. Po pierwsze, jest opowiedziana po bożemu historia Jane, samotnej matki, która przybywa do nowego miasta z synem by odciąć się od przeszłości. Mamy czas by poznać lepiej ją i jej nowe przyjaciółki. Po drugie, mamy ciągłe przebitki z tajemniczego finału, czyli wypowiedzi sąsiadów i znajomych, którzy o jakiejś wielkiej zbrodni mówią tak, żeby nic nie powiedzieć (co mnie wkurza, a powinno chyba intrygować). Po trzecie wreszcie, wszystko to jest wzbogacone o liczne retrospekcje, wizualizacje marzeń i pragnień naszych bohaterek, co już zupełnie mąci nam w głowie i jest niepotrzebną komplikacją. Naprawdę doceniam próbę opowiedzenia filmowej historii w trzech płaszczyznach czasowych, ale jest to w moim odczuciu próba nieudana. Gdy nie wiem, co jest prawdą a co wizją, a do tego nie rozumiem po co ci wszyscy ludzie zdają raporty policji ze zdarzenia, o którym jeszcze nic nie wiemy, przestaje mnie to cokolwiek obchodzić.

Ale czy gdyby historia kilku neurotycznych bogaczek i ich wydumanej przyjaźni była opowiedziana w tradycyjny sposób, ktokolwiek by to oglądał? Myślę, że niestety tak, bo jeśli chodzi o portrety psychologiczne mamusiek, są one udziwnione i ekstremalnie popaprane, co zawsze cieszy oko i wyobraźnię widza. Cały pomysł Wielkich kłamstewek opiera się na tym, że nic nie jest tak ładne, jak się wydaje, a wszyscy posiadają swoje brudne sekrety. I super, i gitara, ale jakoś jak na tak mroczne tajemnice, te dziewczyny po przejściach aż nazbyt chętnie dzielą się nimi przy kawce i ciasteczku w lokalnej kawiarni. Szybciej niż rozsądek przewiduje Jane opowiada o gwałcie, Celestyna o przemocy w związku, a Madeline o pozamałżeńskich figlach za kulisami swojego teatrzyku. Jakieś to wszystko mało wiarygodne.

Paradoksalnie sądzę, że nie tylko nagromadzenie wątków, dziwnych charakterów i płaszczyzn opowieści, ale i ogrom aktorskich gwiazd zaszkodził tej produkcji. O ile na przykład Nicole Kidman daje jeszcze radę w filmach (i to nie zawsze), o tyle do serialu się zupełnie nie nadaje. Podczas rozdania ostatnich Oscarów mogliśmy się przekonać, że gwiazda nie potrafi klaskać, a w Wielkich kłamstewkach co tydzień pokazuje, że nie potrafi też biegać jak człowiek (to jakaś nakręcana maszynka) ani też choćby markować zwykłych domowych czynności. Na jej twarz patrzy się z wielkim przejęciem, ale nie ze względu na grę. Wzrusza mnie zwyczajnie to, jak bardzo się stara przebić przez botoks z jakąkolwiek emocją i jak bardzo jej się to nie udaje. Czasem popłynie jakaś łza, powie, że jest wesoła lub smutna, a na twarzy tylko zdziwienie. No i te sceny ze Skarsgårdem. Może to nie ładne, co teraz napiszę, ale normalnie się boję, że jej jakaś gumka w twarzy puści (na przykład gdy Perry zapoda jej kolejny cios lub podduszenie) i zobaczymy pokaże się jej prawdziwe leciwe oblicze. Brrr.

Reese Witherspoon miota się jak to ona, co zawsze lepiej wygląda w komediach niż w dramatach, za to Laura Dern mnie przekonuje swoim wkurzeniem i roszczeniową postawą. W sumie dobrze by było, gdyby każda z nich dostała swój osobny serial lub film, włącznie z Woodley, najnormalniejszą i najnaturalniejszą z aktorek. Postaci Wielkich kłamstewek są tak pełne sprzeczności, tak popaprane, a w dodatku grane przez charakterystyczne artystki, że zwyczajnie za dużo tu tego dobrego.

Na koniec jeszcze słówko o dziecięcych aktorach. Otóż wszystkie postaci dziecięce są grane tak, że mali aktorzy spokojnie mogą liczyć na angaż w dowolnym horrorze. To jakieś demony i to z poważnymi problemami psychicznymi. Oczywiście Ziggy wygrywa, ale reszta też straszy z ekranu zimnym spojrzeniem i złowrogim milczeniem. Widać matczyne nerwice się na dzieci przeniosły.

Opublikowano w Seriale

3 komentarze

  1. aka aka

    Pomimo wielkiego rozdmuchania, mnie także ten serial nie zachwycił. Okazał się zbyt schematyczny, oparty o sprawdzone reguły, jak choćby we wspomnianych ,,Gotowych na wszystko”. Wszystko łatwo było przewidzieć, postacie wykrojone z gotowego szablonu na udany serial. To jest udany serial, bo nie można zaprzeczyć, że potrawa została zaserwowana z iście luksusowym rozmachem, ale po zjedzeniu nie zaspokaja apetytu. To wszystko już było.

  2. Ola Ola

    Dziękuję za ten komentarz, który potwierdził moje przypuszczenie, że choć serial jest efektownie zrobiony, to jednak nie wybitny. Po finale pozostawił we mnie poczucie pustki i rozczarowania. Nie będę czekała na kontynuację.

  3. Bożena Bożena

    Już któryś raz w zaskoczenie wielkie mnie wprawia, odmienna od mojej emocjonalność recenzentki. Nie rozumiem bagatelizowania i pisania z nieco czarnym humorem o przemocy domowej. Ponadto Celeste (Kidman) do samego końca nie zwierzała się nikomu – umknęło uwadze? Dla mnie serial rewelacyjny, pokazujący, że ocenianie ludzi: epitetem „bogate mamuśki” jest stereotypowym myśleniem, że jak ktoś nie ma problemów finansowych, to jego życie jest pełne szczęśliwości. Serial pokazuje i relacje rodzinne i aktualny trend do tak silnego koncentrowania się na ocenie społecznej, że umykają prawdziwe problemy, z jakimi borykają się dzieci. Gra aktorska świetna, scenariusz doskonały, ścieżka muzyczna zachwycająca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.