Coherence

Jak już się coś zaczyna od tego, że grupa przyjaciół spotyka się wieczorem i wiadomo, że czeka ich trudna noc, reaguję nerwowo bo kojarzy mi się to albo z amerykańskimi horrorami, albo z kinem psychologicznym, w którym wszyscy siedzą przy stole całą noc i wywalają brudy z ostatniej dekady. Dlatego właśnie ten film przeleżał w poczekalni kilka tygodni, nim z barku czegoś lepszego zasiadłam do seansu. Na szczęście żadna z zagrażających opcji się nie ziściła. Coherence okazało się skromnym, ale ambitnym i wciągającym projektem. Choć to momentami zupełnie odjechane, pozbawione wszelkiej logiki sci-fi, to jednak daje do myślenia i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Gdyby tylko zagrała tu Brit Marling, byłoby zupełnie klimatycznie, ale spokojnie, jest atrakcyjna blondynka z zburzeniami (a może to nie ona tylko świat oszalał…).

Kometa na horyzoncie

Zaczyna się od tego, że ośmioro znajomych, niektórzy parami, niektórzy w pojedynkę, zjeżdża się do jednego domu gdzieś na przedmieściach by wspólnie zjeść, porozmawiać i ogólnie się zrelaksować. Pora jest szczególna, ponieważ jest to moment przemykania obok Ziemi tajemniczej komety. Efekty jej oddziaływania na ziemskie prawa fizyki są nieprzewidywalne, co jest tematem wielu wstępnych spekulacji przy kolacji. Długie wprowadzenie do właściwej akcji to dość smętne wspominki i snucie pseudonaukowych teorii na temat tego co tajemnicze ciało niebieskie może a czego nie może zrobić ziemianom. Ogólnie nic ciekawego i domyślam się, że po kilkunastu minutach takiego ględzenia poddało się wielu widzów. Warto jednak przetrzymać te nudne momenty, bo już wkrótce zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe. Nagłe zgaśnięcie światła sugerujące przerwę w dostawie prądu, wprawia naszych bohaterów w niemałą konsternację, po czym część z nich postanawia dzielnie rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Z ich krótkiej wycieczki wywiadowczej wynika, że światło świeci tylko w jednym domu, a gdy podchodzą do jego okien widzą towarzyszy, których właśnie opuścili. Rzecz przyprawia o ciarki na plecach, bo nagle się okazało, że najprawdopodobniej przelatująca kometa zawiesiła obowiązujące do tej pory prawa czasoprzestrzeni, multiplikując rzeczywistość. Ludzie wchodzą i wychodzą z domu, wymyślają sposoby na porozumiewanie się a potem walkę ze swoimi alternatywnymi bytami, no i oczywiście na identyfikację oryginalnych członków grupy oraz tych podrobionych/zamienionych, którzy coraz częściej błądzą po domach, nieświadomie podszywając się pod kogoś kim są lub nie są.

Coherence

Od pewnego momentu sprawy komplikują się szalenie z każdą kolejna minutą. Więcej jest tu pytań niż odpowiedzi, a widz (jeśli się bardzo wkręci) aż czuje jak mu się neurony namnażają i mózg paruje. Spokojnie, choć bohaterów (i kilku innych rzeczy) jest tu wiele, nie pogubicie się, gdyż całość jest ukazana z punktu widzenia jednej bohaterki, uroczej tancerki Em (Emily Baldoni, która gra typ kobiety, w który w podobnych filmach wciela się zazwyczaj Brit Marling). To jej oczami obserwujemy wszystkie znaki na niebie, Ziemi i w telefonie, świadczące o tym, że prawa fizyki (a nawet filmowej logiki) zaczynają szwankować.

W teatrze wyobraźni

W ogóle nie przeszkadzało mi to, że zagmatwana akcja staje się momentami zupełnie nielogiczna (szczególnie zakończenie; może jednak za mało neuronów wypączkowało w trakcie seansu), a poziom aktorstwa jaki reprezentują zatrudnieni amatorzy jest, mówiąc oględne, daleki od ideału. Uważam, że to fantastycznie, że jak ktoś ma pomysł na film, to może nakręcić go w kilka dni, za naprawdę niewielkie pieniądze (co to jest 50 tys. dolarów?), a i tak da się to oglądać. W końcu jak się bardzo spodoba, to duża wytwórnia może od takiego Jamesa Warda Bytkita odkupić prawa i nakręcić Koherencję na bogato lub jakąś wariację na temat.

Jak dla mnie cały urok tej produkcji tkwi w jej kameralnym nastroju, wymuszonym przez niewielkie środki finansowe. Bez efektów specjalnych, bez wielkich gwiazd, filmowane często z ręki, poszczególne sceny układają się w opowieść, która fascynuje niczym pierwsze odcinki Z Archiwum X oglądane w dzieciństwie. Mamy klimat trochę jak z Drugiej Ziemi, trochę jak z Melancholii, a wszystko odbywa się jak w dobrym horrorze, czyli opiera się tylko na sugestiach i niedomówieniach.

Emily Baldoni
Emily Baldoni

 

Ten film naprawdę działa na podświadomość i nie polecam oglądania go tuż przed snem (nie można zasnąć od gonitwy myśli). Nie wiem w sumie dlaczego, bo w końcu o klonowaniu, podróżach w czasie i alternatywnych rzeczywistościach widziałam tyle filmów ile ktoś oglądający filmy całodobowo wchłonąć potrafi, a jednak ten wydał mi mi się szczególny. W głównym zamyśle (którego nie będę szczegółowo streszczać, żeby nie psuć nikomu zabawy) jest jakaś głębia i groza, której nie psuje nawet najbardziej amatorskie aktorstwo. Jest coś nieodparcie atrakcyjnego i przerażającego w tych scenach, w których bohater słyszy stukanie do drzwi lub w okno i nie wie, czy po zerknięciu na zewnątrz nie zobaczy samego siebie. W Koherencji jest też sporo całkiem sensownej psychologii, zwłaszcza w scenach gdy padają niby banalne stwierdzenia, że jesteśmy sami swoimi największymi wrogami. W sytuacji gdy drugi/druga ja, myśląca i robiąca do tej pory zupełnie to samo co ja w miejscu identycznym z moją rzeczywistością, czai się gdzieś za krzakiem, naprawdę trzeba się nad sobą (szczególnie nad swoim poziomem agresji) porządnie zastanowić.

4 myśli na temat “Coherence

  • 5 lutego, 2015 o 2:30 pm
    Permalink

    Widziałem ten film z miesiąc temu, nadal go pamiętam, wiec chciał nie chciał musiał być mocny.
    Co ciekawe jeszcze go nie osunąłem, więc zakładam że zobaczę raz jeszcze.
    Mały koszt, genialna realizacja, całość trzyma się świetnie i naprawdę wara obejrzenia

    Odpowiedz
  • 11 lutego, 2015 o 10:46 pm
    Permalink

    Dziękuje za ten wpis ! Dzięki Tobie jestem wlasnie po seansie doskonalego filmu, ktory na dlugo zapamietam. Oby wiecej takich produkcji !

    Odpowiedz
  • 23 kwietnia, 2017 o 9:56 am
    Permalink

    To szczerze polecam włoski film o dość słabym polskim tytule „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” („Perfetti sconosciuti”). On właśnie traktuje o grupce wieloletnich przyjaciół, którzy zasiadają do wspólnej kolacji (w noc, kiedy następuje zaćmienie Księżyca) i przy stole piorą brudy (wymyślają zasadę, że każdy SMS i każda rozmowa telefoniczna ma zostać przeczytana/przeprowadzona publicznie – przez co wychodzą na jaw skrywane tajemnice). Ciężko nie odnieść wrażenia, że scenarzyści zaczerpnęli pomysł na film właśnie z Coherence („Perfetti…” są z 2016), ale realizacja jest po prostu bezbłędna. Szczerze polecam mimo braku wątków SF i Brit Marling ;) Jest za to modelka Kasia Smutniak, która, jak się okazuje, potrafi całkiem dobrze grać i nieźle wypada w dramatycznych rolach.

    Odpowiedz
  • 24 kwietnia, 2017 o 10:48 am
    Permalink

    Dziękuję za polecenie i zapewniam, że na pewno obejrzę :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *