Pożegnanie zimy (Zima Karla Ovego Knausgårda, seriale Fortitude i Cardinal)

Dzisiaj pierwszy dzień astronomicznej wiosny i z tej okazji piszę o zimie. Może i przewrotnie, ale jakoś sposobów na celebrowanie wiosennych klimatów nam nie brakuje, a zimowych i owszem. Osobiście lubię w pierwszy dzień wiosny czytać Mistrza i Małgorzatę oraz Skamandrytów (z oczywistych względów), ale do niedawna nie miałam żadnych rytuałów dotyczących wczuwania się w zimowatość. Zmieniło się to dopiero gdy zamieszkałam w starej kamienicy, przez co mam przez pół roku w mieszkaniu temperatury niemal arktyczne. Nagle zapragnęłam historii jeszcze mroźniejszych, o ludziach, którym przyszło zmagać się z żywiołem większym niż mój lekki, hartujący ciało i umysł chłodek w łazience :). Dzięki opowieściom takim jak dzisiaj opisywane, lżej mi było także tej odchodzącej zimy, choć była długa, smutna i mroczna.

Karl Ove Knausgård, Zima

Już dostępna jest Wiosna, a ja jeszcze w Zimie. Bardzo długo nie mogłam się zabrać za lekturę, a potem wchłonęłam te opowieści z Północy w jeden wieczór. Ujmę to tak: to prawda, że przy odrobinie złośliwości można uznać wynurzenia Knausgårda za kicz bliski mądrościom życiowym Paula Coelho (tyle tu filozofii codzienności, tyle znaczeń ukrytych w oknach, krzesłach, rurach. szczoteczkach do zębów i autobusach, że można się czasami za głowę złapać), a jednak, z drugiej strony, z Patersona, który robi to samo, jakoś nikt się nie śmieje (choć w moim odbiorze to słabsze i nudniejsze niż norweskie Pory Roku). Mnie wynurzenia Knausgårda, nawet jeśli dotyczą najbardziej prozaicznych rzeczy, ani nie śmieszą, ani nie nudzą, a momentami nawet fascynują. Naprawdę trzeba być artystą by móc patrzeć na otaczający świat w ten sposób i tego mu bardzo zazdroszczę.

Zima to tom lepszy niż Jesień. Mniej jest tu odniesień do ojcostwa, a więcej mroku i magii, co mi się bardzo podoba. Tak, jak można by tego oczekiwać, wczuwamy się w skandynawskie zmarzliny, śnieżyny i chłody. To zupełnie nowa jakość w opisach zjawisk atmosferycznych, bardzo orzeźwiająca.

„O, śniegu podmuchowy, zamieci i deszczu ze śniegiem! O, burzy śnieżna, chlapo i pokrywo śnieżna! O wilgotny śniegu, o! biały puchu, o! cudownie głębokie zaspy!”.

I co? Nie żal wam nagle, że żegnamy się z zimą?

Oprócz tego, co przejściowe i klimatyczne, autor skupia się też na tym, co stałe i w jego krajobrazie wiecznie obecne. Szczególnie urzekły mnie jego opisy zwierząt (są tu wydry, sowy, wrony, lisy, koguty i ryby), choć towarzysząca im często śmierć zupełnie wytrąciła mnie z równowagi. Na długo zapamiętam także szkice dotyczące ludzkich twarzy i całych postaci, przypominające malarskie wprawki w portretowaniu, a także filozoficzne rozważania na temat otworów w ludzkim ciele.

A jeśli, tak jak ja, lubicie wszystko, co skandynawskie i śledzicie serialowe produkcje na temat wikingów, z pewnością zafascynują was fragmenty, w których Knausgård interpretuje mitologię. Zachęcam i polecam.

Cardinal

W tym kryminale główną rolę gra Billy Campbell, a ofiarami są nastolatki, co wystarczyło by przylgnęła do niego łatka „kanadyjskiego The Killing”. Na szczęście można o tym zapomnieć już po dwóch pierwszych odcinkach, gdyż produkcja ma swój własny klimat, swoją osobną jakość w pokazywaniu zbrodni i dochodzenia.

Grany przez Campbella John Cardinal mieszka na śnieżnej kanadyjskiej Północy. Pół roku wcześniej bezskutecznie próbował odnaleźć zaginioną dziewczynkę, którą teraz odkryto zmarzniętą w jakiejś porzuconej szopie. Ślady na ciele wskazują nie tylko na morderstwo, ale i na poprzedzające je tortury. Koszmar Cardinala znowu go prześladuje i nie zazna on spokoju, póki morderca pozostaje na wolności. Tymczasem pojawiają się kolejne ofiary, a i samemu policjantowi nie brakuje dodatkowych problemów. Jego żona jest umysłowo chora, a koleżanka z pracy prowadzi tajne dochodzenie w jego sprawie (może jest brudnym gliną).

Cardinal nie jest typowym kryminałem, bo praktycznie od początku wiemy kto zabił. Losy Erica (znakomity, demoniczny Brendan Fletcher) i Edie (Allie MacDonald) śledzimy równolegle z poczynaniami policjantów. Stopniowo dowiadujemy się co jednym i drugim siedzi w głowach, a w dodatku wszyscy są tu w podobny sposób wielowymiarowi i trudni do zdefiniowania. Nawet Cardinal, tak oddany chorej żonie i pracy, że niemal może uchodzić za świętego, ma swoją mroczną stronę i do końca nie wiemy, co wykaże dochodzenie jego koleżanki. Ta z kolei, z pozoru grzeczna, ładna i poprawna Lise Delorme (Karine Vanasse) też ma swoje tajemnice, mniejsze i większe grzeszki, za które może i jej nie polubimy, ale za to będziemy jej ciekawi.

No, ale nie z powodu interesującej fabuły (ciekawie jest, choć skład jest tu dość kameralny, a produkcja skromniejsza niż The Killing) zajmujemy się dziś Kardynałem, a z powodu zimowych klimatów, które nadają ton tej opowieści. Tyle śniegu, trzaskającego lodu i innych fenomenów związanych z niską temperaturą, w tym ludzkich mrożonek, nie dane nam jest często podziwiać. Aż dziw bierze, że w takich warunkach ktokolwiek może normalnie funkcjonować, a jednak tym Kanadyjczykom to się udaje. W dodatku zima serialu, choć towarzyszą jej potworne zbrodnie, jest odmalowana na ekranie w ciepłych barwach, w jasnym świetle i w ziejącej z kominka i drewnianych stropów przytulności. Gdy dopadną nas zaraz wiosenne i letnie upały (jak to było w minionych latach już od maja) proponuję oglądać właśnie ten serial dla ochłody.

Fortitude (sezon 2)

Poza lodowcową atmosferą, niewiele zostało w tym serialu z poprzedniego sezonu. Najbardziej rozczarowana jestem tym, że bezpowrotnie uśmierceni zostali ci wszyscy bohaterowie, których lubiłam najbardziej, przez co nie zobaczymy już Stanleya Tucci, a za to wracają do żywych takie postaci jak szeryf Dan Anderson (Richard Donner), ale w zupełnie nowej, odjechanej wersji. No ktoś ociupinkę przekombinował. Wcześniej mieszkańcy uroczego miasteczka w cieniu lodowca musieli się zmagać z tajemniczym wirusem roznoszonym przez osy uwięzione w ciele prehistorycznego odmarzającego mamuta. Już samo to było trudne do ogarnięcia, ale daliśmy radę. Teraz dochodzą do tego plemienne klątwy, szamani, demony i (by utrzymać się w klimacie fikcji naukowej) doświadczenia medyczne na żywych ludziach. Normalnie zło w czystej postaci. W dodatku wymieniono prawie wszystkich bohaterów, a nawet ci, których zostawiono, są nie do poznania. Przyznam, że zupełnie nie rozumiem wewnętrznej logiki tego sezonu, ale po staremu doceniam mroźny klimat. Jeśli zastanawialiście się jak wygląda nocowanie w namiocie przy -50 stopniach lub mniej, lub jak mieszkańcy tej strefy klimatycznej radzą sobie z podróżowaniem lub z nudą polarnej nocy (nalewka z renifera), to znajdziecie w nowej serii odpowiedzi na wasze pytania.

Mnie osobiście wystarczy kilka odcinków Fortitude lub Cardinal by docenić po pierwsze to, że mam w domu i na zewnątrz nawet zimą temperatury na plusie, a po drugie to, że wiosna zaczyna się u nas już w marcu i wkrótce znienawidzone mrozy, te wszystkie kurtki i czapki, ta plucha za oknem, będą już tylko mglistym wspomnieniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *