To już koniec The Killing

Właśnie zakończyłam oglądanie finałowego odcinka finałowego sezonu mojego ulubionego serialu The Killing. Każdy kto go ogląda z pewnością zrozumie, że jestem jednocześnie zachwycona i niepocieszona. Zachwyca mnie oczywiście to, w jaki sposób zakończono produkcję (lepiej być nie mogło, choć dziwnie), a zasmuca rozstanie na stałe z parą ulubionych detektywów. No jak tu żyć bez The Killing?! Chyba znowu zacznę oglądać skandynawską wersję, choć nie ma co się oszukiwać, że to to samo. Życie i oglądanie już nigdy nie będą takie same po tym, co pokazał nam Netflix.

(Nie macie nawet pojęcia jakie to trudne nie napisać od raz jak się kończy ten sezon)

Podobnie jak w poprzednich seriach, tym razem także zanurzamy się w świat nastoletnich patologii i fascynacji. Podczas gdy Linden i Holder próbują się pozbierać po tym, co spotkało Skinnera, zostaje im przydzielona kolejne trudna sprawa. Na zamożnych przedmieściach, w wypasionym szklanym domu, ktoś wystrzelał całą rodzinę. Nie żyją matka, ojciec i dwie córki. Masakrę przeżył tylko nastoletni syn, Kyle (Tyler Ross). Jakimś cudem chłopak przeżył postrzał w głowę, ale niestety pamięć mu ucierpiała. Przez amnezję, powoli ustępującą, nie możemy dowiedzieć się prawdy o zbrodni, ale nie z takimi problemami radzili sobie nasi dzielni detektywi z Seattle. By było ciekawiej, Kyle jest uczniem pobliskiej prywatnej szkoły wojskowej, skupiającej szczególnie kłopotliwych nastolatków. Linden i Holder szybko orientują się jak mało skuteczna jest wojskowa dyscyplina w wykorzenianiu demonicznego zła, tkwiącego w dojrzewających osobnikach (samo życie). Szczególnie ostatni odcinek nie jest pod względem prezentowanej agresji czymś dla widzów o słabych nerwach. Dobrym (bądź złym, jak kto woli) duchem wojskowej akademii jest jej szefowa Margaret Rayne (Joan Allen). Zasadnicza, zimna, zdyscyplinowana żołnierka jest dla swoich podopiecznych najwyższym autorytetem, jednak, jak się przekonujemy, pełnienie jednocześnie funkcji dyrektora szkoły oraz matki i ojca dla sporej gromadki nabuzowanych hormonami chłopaków, to zadanie karkołomne i niewdzięczne.

Wprowadzenie postaci Margaret jest naprawdę ciekawą przeciwwagą dla Linden. To bardzo interesujące jak te dwie inteligentne i zdeterminowane kobiety odnajdują się w typowo męskim środowisku. Każda ma swój styl i niezłomny charakter, ale niestety obie są w pewnym sensie z góry skazane na klęskę przez swe emocje. Bardzo podobało mi się też nowe oblicze Holdera, którego do tej pory znaliśmy jedynie jako byłego narkomana, dobrego tajniaka i wielbiciela wegańskiej diety. Tym razem poznajemy jego cieplejsze oblicze jako przyszłego ojca. To jego rozmowy na ten temat z różnymi ludźmi, nadają ostatniej serii momentami charakter metafizyczny. Jest coś niesamowitego w tym jak nażelowany i wąsaty glutek rozmawia z przerażoną morderczynią Linden o tym, jak dobrze wychować młodego człowieka.

Od pierwszego odcinka widać, że ktoś inny zabrał się za produkcję. Mówiąc wprost, wpompowano tu znacznie więcej pieniędzy i dodano więcej życia. Nie można chyba tego inaczej określić. Momentami ma się wrażenie, że to już zupełnie inny serial niż wcześniej, ale w niczym to nie przeszkadza, bo też jest świetnie. Największą zmianę zauważyłam u samej głównej bohaterki. Do tej pory najbardziej podobało mi się, że była takim robocikiem do wykrywania zbrodni. Gdy już się zafiksowała, to nie było spania, jedzenia ani rodziny, tylko zimna sprawiedliwość. Dlatego też potrzebowałam trochę czasu by przyzwyczaić się do Linden, którą miotają różne emocje i która nie zawsze daje sobie z nimi radę. Ożywiona mimika, dłuższe i głębsze rozmowy to zdecydowanie zmiany na lepsze. Mireille Enos pokazała tu niezwykłą klasę aktorską i udowodniła, że jest jedną z najzdolniejszych aktorek swojego pokolenia. Naprawdę nigdy nie ma się dosyć patrzenia na tę twarz.

To co tak wszyscy wcześniej zachwalali, czyli mroczny i przygnębiający klimat deszczowego Seattle też się zmienił. Pada, ale jest bardziej zielono, stylowo i sielankowo. Wiele ujęć jest też w przyjemnie sposób przesyconych wiosennym ciepłym światłem, co dziwnie kontrastuje z tematyką serialu. Nie jest już tak brudno i diabolicznie. W ostatniej serii zdecydowanie postawiono na nadzieję i pozytywne akcenty.

I jeszcze kilka słów o zakończeniu. Jest niespodzianka i to dobrze przemyślana. Nikt się chyba czegoś podobnego nie spodziewał, zarówno jeśli chodzi o sprawę morderstwa, jak i losy pary głównych bohaterów, a jednak chyba też nikt z fanów serialu nie będzie zawiedziony. Myślę, że ten finał można porównać chyba tylko do szczególnie udanych zakończeń Sherlocka. Gwarantuję, że po ostatnich scenach przez kila dni będziecie się uśmiechać na ich wspomnienie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *