Piknik z niedźwiedziami

Nawet jeśli zobaczę tysiąc podobnych produkcji, to tysiąc pierwszą filmową opowieść o tym jak ludzie ruszają w drogę, stają do walki z przyrodą i własnymi słabościami, także chętnie obejrzę. Całkiem niedawno mieliśmy na ekranach Wild z Reese Witherspoon, rzecz bliźniaczo podobną do tego filmu, no i oczywiście fantastyczny Revenant, który na długo pozostanie niedościgłym wzorem tego, jak prawdziwi mężczyźni powinni sobie radzić w śnieżnych górach i dzikich lasach. Pomimo tego Piknik z niedźwiedziami ogląda się naprawdę miło. Nie jest to jakieś wybitne dzieło, bardziej jeden z tych filmów, na które patrzymy przysypiając z przejedzenia po niedzielnym bądź świątecznym obiedzie, jednak zachęcam do obejrzenia, bo i takie historie są w kinie potrzebne. Wielkim plusem jest to, że tutaj, w drogę, która ma działać kojąco i leczniczo na życiowe kłopoty i smutki, ruszają dwaj panowie w wieku bardzo zaawansowanym, którzy nadają nowe znaczenie tryumfowi ducha nad materią i walce z przyrodą (która wydaje się niczym w porównaniu z walką z własnym słabnącym ciałem).

Seniorzy w dziczy

Bill Bryson (Robert Redford) jest znanym pisarzem, który nudzi się jak mops na emeryturze. Jego życie składa się z wizyt w żenujących programach telewizyjnych, kontroli lekarskich i pogrzebów kolejnych przyjaciół. Pewnego dnia dociera do niego beznadzieja takiego czekania na śmierć i postanawia wyrwać się jakoś z marazmu. I tak wpada na pomysł wyprawy przez Appalachy, prawdziwej męskiej przygody w dziczy. Troskliwa żona (Emma Thompson) nie pozwala mu ruszyć samemu, więc Bill obdzwania wszystkich znajomych w poszukiwaniu towarzysza wyprawy. Jedynym, który się zgadza jest Stephen Katz (Nick Nolte), alkoholik na odwyku, traktujący wycieczkę jako ucieczkę przed ścigającym go wymiarem sprawiedliwości. Obaj czują na karku ciężar przeżytych lat, nie są w najlepszej kondycji psychicznej, a do tego nie widzieli się pół wieku, ale i tak ruszają szlakiem, którego przejście nawet młodym i w pełni sprawnym ludziom zajmuje pięć miesięcy.

Maszerując po górach, walcząc z deszczem, śniegiem i słońcem, Nick i Bill odnawiają swoją przyjaźń, snują rozważania o tym co w życiu naprawdę ważne, a często też wygłupiają się na całego zupełnie, jakby nadal mieli po dwadzieścia lat. Wytwarza się między nimi naprawdę ciekawa relacja, pełna inteligentnego, ale i bardzo uszczypliwego humoru. Bardzo sympatycznie prezentują się też sceny małżeńskie Billa i jego żony (dlaczego Emma Thompson jest na ekranie tak krótko?!) oraz spotkania z innymi wędrowcami w Appalachach. Mamy okazję pośmiać się trochę z uroków starszego wieku, długiego małżeństwa i wędrownego życia.

Pokrzepiające ciepełko

Właśnie to można poczuć na koniec tego miłego filmu. Choć Bill, z brawurą zagrany przez Redforda, jest zgryźliwym tetrykiem, to nie ma w jego żartach niczego rubasznego czy wrednego, co mogłoby nam postać tego czarującego mężczyzny obrzydzić. Podobnie jest ze Stephenem, który choć jest rozpijaczonym obibokiem (a raczej był nim przez większość życia), rozbraja swoją bezpretensjonalnością i radością z życia. Ten hedonista i opój, za sprawą Nolte’ego kojarzący się z Sokratesem (Siła spokoju) ma z niewidzianym dawno przyjacielem więź, której można pozazdrościć, a do tego nadal, mimo fizyczności, na którą ciężko patrzeć, ma szalone powodzenie u pań:).

Mam tylko dwa problemy z tym filmem. Przeszkadzało mi w oglądaniu to, że nie do końca rozumiałam motywację Billa, który jest bardzo zdystansowany i małomówny, oraz nie podobała mi się scena uwięzienia bohaterów na półce skalnej, podczas której było widać niezdanie dorysowane górskie tło i jakby styropianowe dekoracje. Ale poza tym to naprawdę godna rozrywka. Podoba mi się pomysł na to by nie tylko młodzi, ale też nieco starsi ludzie szli w góry by odzyskać perspektywę. W końcu na koniec życia chyba bardziej potrzebujemy zrozumieć jego sens niż na początku, gdy jest jeszcze czas na błędy i poszukiwania. Bycie sam na sam (lub tylko z przyjacielem) na łonie przyrody, w oderwaniu od codziennych spraw, ułatwia duchowe rozważania. Naprawdę przyjemnie się na to patrzy, po seansie ma się miłe poczucie pokrzepienia, wynikające nie tylko z tego, co mówią i robią postaci, ale też z tego, że kultowi aktorzy starszego pokolenia wciąż dają radą. Panowie pokazują, że w byciu prawdziwym mężczyzną nie chodzi o fizyczną krzepę, ale o charakter, zasady, siłę ducha, a przede wszystkim dystans do siebie samego i mijającego czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *