Luźne refleksje po finale szóstej serii Gry o Tron

Wszyscy piszą, to ja też napiszę, choć daleko mi do zachwytów nad ,,najbardziej szokującym odcinkiem całej serii”. Pożytek z tego co się wydarzyło jest przynajmniej taki, że wreszcie do mnie dotarło dlaczego tysiące ludzi na całym świecie uważają, że warto śledzić poczynania bohaterów zamieszkujących fantastyczną krainę stylizowaną na średniowieczną Europę, którzy są jednowymiarowymi pacynkami, zupełnie pozbawionymi psychologii lub swoje życie wewnętrzne przed widzami skrzętnie ukrywają. Gdyby twórcy Gry o Tron pozwolili nam zrozumieć wewnętrzną motywację postaci, moglibyśmy przecież przewidzieć ich dalsze losy, no i nie byłoby niespodzianki w finale. A tak, patrzymy na dziewięć pierwszych odcinków serii nie bardzo rozumiejąc co i dlaczego się dzieje, błądzimy w wątkach niczym dzieci we mgle, ale za to po finale możemy powiedzieć, że jesteśmy naprawdę zaskoczeni, niespodzianka się udała i zginęli nie ci, na których stawialiśmy, a zupełnie inna grupa obwieszonych klejnotami i śmiesznymi ubraniami psychopatów. Hurra!

Z całej Gry o Tron lubię tylko Cersei i Tyriona Lanisterów. Reszty tych błaznów nie trawię. Oglądam poszczególne, coraz bardziej poszatkowane odcinki, w nadziei na to, że blond królowa znowu dokona krwawej zemsty, rozpęta prawdziwe piekło, lub że wreszcie wszyscy docenią bystry umysł ironicznego karła, który jako jedyny nadaje się do rządzenia czymkolwiek. Dziesiątki innych wątków to dla mnie tylko przerywniki, coraz bardziej denerwujące, gdyż skracają wystąpienia postaci, które lubię.

Każdy, kto mnie zna, wie, że najbardziej nie lubię Jona Snowa. Jest to pompatyczna postać bez wyrazu, której powagą, sztywnością i brakiem dystansu do samej siebie dorównuje tylko Matka Smoków (ileż kijów połknęła ta dziewczyna). Do słabo, jednowymiarowo napisanych postaci (nadal uważam, że Gra o Tron to bardzo źle napisana literatura), dochodzi koszmarne aktorstwo, a efekt jest fatalny.

Kolejnym minusem jest zbyt duża liczba postaci i wątków, co w tym sezonie doszło już do kuriozum, gdy zaczęliśmy wraz z wroną o trzech oczach spoglądać też w przeszłość. Zamiast opowiedzieć porządnie historię na choćby jednej płaszczyźnie, mamy niedorobione wątki w wielu wymiarach, składające się na cudaczną, udziwnioną na siłę mozaikę (wydarzenia doprowadzające do śmierci Hodora to już było tanie efekciarstwo). Jeszcze nigdy tak nie miałam, że spoglądając na kolejną serię serialu poznaję coraz mniej postaci. Wiele razy nie mogłam sobie wprost przypomnieć kto to znowu jest ten kolejny bohater, od którego (a jakże!) zależą losy świata.

W finale szóstego sezonu mogliśmy się chociaż wreszcie ponapawać widokiem zwycięskich Lannisterów. Za wysadzenie septu, wraz z wredną synową i wszystkimi wróblami, lubię Cersei jeszcze bardziej (przy okazji pokazała świetny gust wybierając odzież militarną, bardzo w stylu polskiej husarii). Uważam, że i tak za długo czekała i okazywała wszystkim zbyt wiele cierpliwości. Kiedy oni wszyscy wreszcie się nauczą by uciekać, gdy Cersei obiecuje zemstę i mruży oczy? Jej brat, Tyrion, też się wykazał, ale nie okrucieństwem, a dobrą radą. Za tęgą głowę dostał nowe stanowisko i kilka ciepłych słów od Daenerys i założę się, że fani wzdychali i uśmiechali się błogo patrząc na to jak wreszcie właściwy człowiek znajduje się na właściwym miejscu.

game-thrones-daenerys

Niestety też postaciom, których nie lubię i których nie rozumiem, zaczyna się układać. Zmartwychwstały Jon Snow wygrywa na Północy i zyskuje coraz większe poparcie. Trudno, jakoś przeboleję to, że trzeba będzie patrzeć na jego kwaśną minę przez kolejne sezony. Popisała się też jego młodsza przyrodnia siostra/kuzynka Arya, dokonując krwawej zemsty i skreślając następne nazwisko ze swej listy. Ucieszyło mnie to tylko dlatego, że wreszcie skończyła się ta gadanina w trzeciej osobie o tym, że ,,dziewczynka jest nikim i nie ma imienia” (bo ileż można?:).

Zatem Snow jest władcą Północy, Tyrion został namiestnikiem Matki Smoków a Cersei zasiadła wreszcie na najbardziej niewygodnym krześle w Siedmiu Królestwach. No i zima wreszcie przyszła. Reszta wątków niespecjalnie mnie obeszła, gdyż ich bohaterów już naprawdę nie trawię lub, co gorzej, nie do końca kojarzę. Zapewne zasiądę dzielnie do oglądania kolejnego sezonu, by wreszcie doczekać się karła na tronie, choć równie dobrze siostra może go zabić wcześniej laserem z oka (już nic mnie nie zdziwi). Mam tylko nadzieję, że akcja wreszcie nabierze tempa i główni gracze zafundują nam prawdziwe starcie tytanów (i nic to, że tytani mają pretensjonalne imiona, których pisowni nigdy nie przyswoję, a emocji w nich mniej niż w postaciach z kreskówki dla pięciolatków).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *