Pomiń zawartość →

Orange Is the New Black

Aż trudno mi uwierzyć, że to co zobaczyłam na ekranie, jest serialową adaptacją autentycznych wspomnień niejakiej Piper Kerman, która podobnie jak bohaterka nowej produkcji Netflixu, również miała bardzo ciekawe przygody w damskim więzieniu. Oglądając więzienne perypetie serialowej Piper Chapman, na początku można odnieść wrażenie, że to jedna z tych mało realistycznych opowieści, gdzie wszystko się podejrzanie dziwnie układa wbrew oczekiwaniom głównej bohaterki, co zazwyczaj bardzo śmieszy widzów. Tymczasem, to, co prawda ubarwiona, ale jednak prawda. Główną postacią ,,modowej” opowieści o tym, że pomarańczowy jest nowym czarnym (przynajmniej podczas rocznego odsiadywania wyroku) jest dobrze sytuowana blond paniusia z Nowego Jorku (oczywiście!). Piper Chapman (Taylor Schilling) ma wszystko – urodę, świetną pracę i ukochanego narzeczonego. Wszystko się jednak burzy, a sama Piper trafia do więzienia, na skutek ujawnienia jej starego wstydliwego sekretu. Okazuje się, że przed dekadą, nasza urocza bohaterka miała lesbijski związek z szefową gangu przemytników narkotyków, dla której zdarzyło jej się (tylko ten pechowy raz) przemycić walizkę pełną pieniędzy. Najgorsze jest to, że Piper zwiała od kochanki, a ta, gdy ją wreszcie złapano, postanowiła pociągnąć ją ze sobą na dno. I tak mała, bogata dziewczynka trafia do więzienia, gdzie towarzyszą jej morderczynie i wariatki, głównie przedstawicielki amerykańskich mniejszości narodowych. Oj, gdyby to był serial dokumentalny a nie komediodramat, to nasz nieoceniony Mariusz Max Kolonko miałby materiał na kolejne 10 odcinków Mówię jak jest. Wyszłaby pewno lepsza produkcja niż ta o Guantanamo.

Orange Is the New Black wciąga tak, że już po dwóch odcinkach, gdy wychodzi się z fabularnego chaosu, widzowie zaczynają dziękować Bogu, że Netflix udostępnił od razu całą serię. Jakbym miała do czegoś porównać charakter tej opowieści (a wiecie jak lubię to robić), to musiałabym stwierdzić, że nowy serial jest jak komediowa, żeńska wersja Prison Break. Momentami jest to oczywiście niemal absurdalna parodia kina więziennego, ale tym bardziej chce się na to patrzeć. Zamiast ciachania nożami, mamy walkę na wytrzymałość na głód; zamiast rozterek, skąd wziąć papierosy, mamy problemy typu ,,jak zadbać o urodę w więzieniu”; no a zamiast osławionych gwałtów pod prysznicem, mamy namiętne sceny z udziałem ochoczych gołych Latynosek. Sporo pary spuszczono z więziennego patosu, co może szczególnie ucieszyć widzów takich jak ja, którzy jednocześnie oglądają The Killing i Rectify.

Podobnie jak w Prison Breaku, mamy tu nie tylko pomysłowo opowiedzianą historię głównej bohaterki, która musi przetrwać we wrogim środowisku, ale także historię wszystkich ważniejszych postaci drugoplanowych. Znów kluczem do sukcesu okazały się retrospekcje, dzięki którym lepiej rozumiemy osobiste dramaty więźniarek, które doprowadziły je za kraty. Rozumiemy też ich motywację do wielu, momentami okrutnych i obrzydliwych, zachowań. Historie podane w taki sposób stają się bardzo literackie, a ukazane postaci naprawdę bliskie sercu widzów.

Gwarantuję, że każdy inteligentny widz, który ma poczucie humoru i ceni trafne obserwacje społeczne, zakocha się wręcz w Orange is The New Black.

 

Opublikowano w Seriale

3 komentarze

  1. […] są Liz Flahive i Carly Mensch, wcześniej pracujące przy Homelandzie, Siostrze Jackie i Orange is the New Black, sprawiły, że coś, co bardzo łatwo mogło stać się seksistowskim jarmarkiem, jest ciekawym […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.