Gilmore Girls, czyli dlaczego oglądanie wszystkich odcinków naraz (po raz kolejny) nie jest dobrym pomysłem

Stało się! Po wielu latach oczekiwań, ulubiony serial matek i córek na całym świecie doczekał się wznowienia. Wszyscy już wiedzą, a ja przypominam tylko dla porządku, że już w ten piątek Netflix wypuści specjalną serię ósmą Kochanych kłopotów, czyli Gilmore Girls: A Year in the Life, składającą się niestety tylko z czterech części. Gorączka oczekiwań trwa już od wakacji i wiem, że nie jestem jedyną widzką, która przed przystąpieniem do oglądania nowej serii, postanowiła obejrzeć wszystkie poprzednie, tak dla przypomnienia i wczucia się w klimat.

Pierwszy raz oglądałam Gilmorsy gdzieś w czasie liceum i kojarzyły mi się wtedy z czasem luźnego odpoczynku po szkole, błogim trawieniem obiadu i słoneczną poświatą oblekającą wszystko w Stars Hollow. Wtedy jeszcze nie widziałam tego, że mieszkam w bardzo podobnym miasteczku i chciałam za wszelką cenę stamtąd wyjechać, czego dziś trochę żałuję. Ciepła więź między matką i córką oraz ich ekscentryczne dialogi, urzekły mnie dopiero za drugim podejściem. Przysiadłam, a właściwie przybiegłam do serialu w czasach intensywnej pracy, gdy o szóstej rano korzystając z bieżni domowej, potrzebowałam jakiegoś rozproszenia przez 40 min dziennie. Gilmorsy sprawdziły się znakomicie. No i trzecie obejrzenie miało miejsce w ostatnim czasie, bo jakżebym mogła napisać o nowym sezonie, nie nawiązując do poprzednich. Tak naprawdę zresztą mam wrażenie, że i dla mnie, i dla tysięcy fanek, nowy sezon nie był tu czynnikiem decydującym (by nie mieć wyrzutów sumienia, że oglądam serial zamiast robić coś pożytecznego, odpalałam oryginalną wersję językową bez napisów, tłumacząc sobie, że to nauka angielskiego, a nie relaks; jak już ktoś zrozumie bełkot Lorelai, to może się uznać za native speakera). Zwyczajnie każdy pretekst jest dobry by zupełnie odpłynąć do świata ulubionych bohaterek i pomieszkać trochę w Stars Hollow. Ale czy na pewno nadal są to moje ulubione bohaterki? Kolejne obejrzenie serialu wystawiło naszą więź na ciężką próbę. Oto kilka głównych powodów, dla których w tej chwili (może mi przejdzie) nienawidzę wszystkich trzech Gilmorzyc prawie tak bardzo, jak je kiedyś lubiłam.

  1. Hipsterki

    Lorelai i Rory robią wszystko by być postrzegane jako oryginalne i pomysłowe. Słuchają starych płyt, oglądają leciwe produkcje filmowe w wioskwym kinie i żyją jak prawdziwe członkinie artystycznej bohemy. Ich dialogi nie mają najmniejszego sensu, ale za to mają więcej słów niż jakiekolwiek inne wymiany zdań w historii srebrnego ekranu (przebijają nawet Skandal). Do tego okazjonalne kostiumy, tradycje zrozumiałe tylko dla nich i specyficzne, bardzo irytujące poczucie humoru. Panny Gilmore bardzo starają się dać do zrozumienia każdemu kto je spotyka, że mają niewymuszony styl i wcale im nie zależy na opinii innych, przez co w moim mniemaniu są najbardziej irytującymi hipsterkami ever.

  2. Emily

    Moim skromnym zdaniem ta mistrzyni manipulacji o żabim głosie powinna poddać się eutanazji. Za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się Kelly Bishop, mam torsje i drgawki z nerwów. Możliwe, że po prostu przedawkowałam jej towarzystwo oglądając często nawet po cztery odcinki dziennie. Zarozumiała snobka, samolubna intrygantka i zwyczajnie wkurzająca osoba, która korzysta ze swoich dobrych manier by terroryzować otoczenie. Nie spocznie dopóki nie ułoży córce i wnuczce życia według własnego wyobrażenia, nie bacząc co one na to. Gdy zdarza się jej przesadzić i dochodzi do wielkiej awantury, bardziej denerwujące od Emily są tylko Lorelai i Rory, które za każdym razem przebaczają czarownicy i dają sobą pomiatać podczas piątkowych kolacyjek. No i czy tylko ja uważam, że Rory za mało solidaryzuje się z matką, udając głupią, jeśli chodzi o machinacje babuni?

  3. Wszyscy tu są szaleni

    Odsetek zdrowych psychicznie osób zamieszkujących Stars Hollow jest bardzo niewielki. Zdecydowanym normalsem jest chyba tylko Luke, przez co reszta miasteczka traktuje go jak agresywnego wariata. Przeważają niestety neurotyczki (pokroju Sookie czy Paris), maniacy kontroli (Taylor, Emily i Richard Gilmorowie) i zwyczajni, na maksa przerysowani dziwacy (pani Kim, Kirk, miasteczkowy trubadur, Michele). Każdy zakręcony na innym punkcie, a wszyscy razem w dużych dawkach zupełnie niestrawni. Przy wchłanianiu w szybkim tempie całych serii widać, jak grubą kreską narysowane są te postaci. Większość ma tylko jednego fisia, o którym bez przerwy nadaje. Równe dobrze Lorelai mogłaby wykrzykiwać tylko Kawa, kawa, kawa!, a Rory mogłaby mówić jedynie Książki, chłopcy, książki. Patrzenie na to jak te pacyny zderzają się ze sobą w swoich obsesjach, na przykład podczas zebrań mieszkańców, już jakoś mnie nie śmieszy, a poważnie wkurza.

  4. Jedzenie i kawa

    Sama Lorelai nazywa to co się dzieje z jej ciałem paradoksem Lorelai. Nasza bohaterka brzydzi się wszystkim co zdrowe, a z apetytem pochłania wyłącznie tłuste, smażone fastfoody, oczywiście nie tyjąc przy tym zupełnie. Podobnie robi Rory, tak jak mama ochoczo zalewając smażeninę i słodkie płatki hektolitrami kawy. Kawa jest dosłownie ich paliwem, co było dla mnie szczególnie ciężkie do zniesienia, gdyż kilka miesięcy temu pożegnałam się z nałogiem kofeinowym na dobre (najlepsza, ale i najbardziej bolesna decyzja w życiu). Nie to jednak jest jeszcze najbardziej wkurzające, a to, że panie nigdy nie jedzą naprawdę tego co mają na talerzu, skubią tylko coś nadając jak najęte. Podobnie jest z kawą, o której mówią, ale nie siorbną nigdy porządnego łyka. Dlaczego mnie to tak denerwuje? Bo nie lubię marnotrawstwa.

  5. Chłopcy

    Zarówno mama, jak i jej serialowa córka, mają wiele sercowych kłopotów. Panie uchodzą za atrakcyjne (patrząc z dzisiejszego punktu widzenia na ich modowe wybory, czasem trudno zrozumieć dlaczego), ale jakoś ciężko im znaleźć tego jedynego. Lorelai jest uwikłana w dziwną relację z ojcem Rory, Christopherem, którego wprost nie znoszę. Nim zwiąże się z Lukiem, musi przejść serię bolesnych rozczarowań Christopherem, którego jedynym atutem jest silne promowanie go przez Emily. Za to tym, kogo wreszcie wybierze Rory, żyją wszystkie fanki serialu, liczące na definitywne rozwiązanie w piątkowej odsłonie. Czy będzie to dziarski ślusarz w za dużych ubraniach, czyli długowłosy, supernatruralnie przystojny Dean? A może wiecznie obrażony na cały świat, łudząco podobny do Sylvestra Stallone’a buntownik bez powodu Jess będzie miał więcej szczęścia? Bo na pewno to nie może być ten bogaty bubek Logan, gdyż to już by była totalna porażka, gdyby Rory stała się kopią swojej babki. Nie ma co gdybać, zobaczymy w piątek.

  6. Studia

    Jak każda produkcja serialowo-filmowa z USA, której bohaterami są nastolatki (Lorelai też się zalicza do tej kategorii, bo jej silna więź z córką to zasługa wyłącznie tego, ze obie są na tym samy stadium rozwoju emocjonalnego), Kochane kłopoty traktują z nabożną czcią okres studiów. Dostanie się na uczelnię z Ligii Bluszczowej, przetrwanie egzaminów i odpowiednie przeżycie całego uniwersyteckiego doświadczenia, a potem wspominanie tego przez resztę życia, zdaje się być jedynym celem wielu spośród bohaterów tego widowiska. Przy czym Rory wypada bardzo niewiarygodnie jako kujonka, co zobaczyłam dopiero podczas masowego oglądania. Scen, podczas których autentycznie się uczy, jest bardzo niewiele. Popołudnia na kawie i ploteczkach u Luke’a, wieczory z mamą, trawione na jedzeniu i oglądaniu filmów, a poranki to leniwe śniadania i rozmowy o tym, ile trzeba się nauczyć. A już Rory na studiach to jakaś kpina. Niby najlepsza uczelnia na świecie, a dziewucha cały czas jest z mamą lub z chłopakiem, zamiast zakuwać do egzaminów.

To tylko kilka spośród rzeczy, których w Gilmorsach nie lubię, ale równie wiele jest pozytywów. Nie wyliczałam ich, bo masowe siedzenie przy ekranie uwypukliło w moim przypadku głównie minusy produkcji. Zresztą tyle tego jest, że każdy bohater zasłużył na osobną książkę o sobie. Tak na szybko tylko napisze, że moimi ulubionymi bohaterkami są tu pani Kim i mimo wszystko Sookie, w jednej sekundzie zamieniłabym swoje miejsce zamieszkania na Stars Hollow, gdybym miała taką możliwość, i znów zapisałabym się na dowolne studia (nawet na matematykę), gdyby uczelnia wyglądała tak jak Yale w Gilmorsach, czyli praktycznie Hogwart.

A jak to jest u was? Oglądacie od początku, czy pamiętacie na tyle, że czujecie się gotowe na nową odsłonę? Też się boicie, że to już nie będzie ten sam serial z powodu zupełnie nie tej samej twarzy Lauren Graham? No i komu kibicujecie w sercowych wyborach Rory? Normalnie czytam to, co napisałam i czuję się jakbym znowu miała naście lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *