Santa Clarita Diet

Ten serial to czysta, bezpretensjonalna rozrywka, która wchodzi tak gładko, że nawet się nie zauważa, że wciąga się naraz cały sezon. To mnie właśnie spotkało minionego weekendu i każdemu polecam właśnie taki sposób na reset po ciężkim tygodniu. Nie ma co ukrywać, że humor nie jest tu najwyższych lotów (choć wielu fanów już zdążyło zaznaczyć, zaklinając rzeczywistość, że to przedni, czarny, ironiczny, wisielczy gatunek dowcipu, który trafia tylko w najbardziej wybredne i wyrobione gusta), ale co tam, czasem potrzeba po prostu czegoś zabawnego, uroczego i jednocześnie absurdalnie obrzydliwego. Jeśli szukacie czegoś właśnie takiego, na przykład na przekór walentynkowym romantycznym komediom, zachęcam do obejrzenia Santa Clarita Diet.

Bogaci, sympatyczni mięsożercy

Nie jest to bynajmniej kolejny tekst z cyklu „Ola szerzy wegepropagandę” ale dokładnie odniesienie do tego, co zobaczycie na ekranie. Jedynym, co nasi bohaterowie mają wspólnego z weganami i wegetarianami jest hasło „Mięso to morderstwo”, gdyż tu zostało ono potraktowane jak najbardziej serio.

Santa Clarita Diet

Joel (Timothy Olyphat) i Sheila (Drew Barrymore) Hammondowie są typowym amerykańskim małżeństwem z zamożnych przedmieść. Jeśliby zmiksować ze sobą wszystkich sympatycznych ludzi z Gotowych na wszystko, Cugar Town i Modern Family, to powstaliby właśnie Hammondowie i ich sąsiedzi. Oboje zajmują się handlem okolicznymi nieruchomościami, mają piękny domek z zielonym trawniczkiem, no i oczywiście nastoletnią córkę (co chwila twórcy mrugają okiem do widzów, naśmiewając się z sielankowych, serialowych klimatów minionych lat). Jak nic, idealna rodzina. Są w tej perfekcyjności tak kiczowaci, że nawet nam nie szkoda, gdy okazuje się, że Sheila zaczyna cierpieć na tajemniczą przypadłość, objawiającą się gównie nieposkromionym apetytem na krwiste mięso. To, co wyglądało jak ostre zatrucie pokarmowe, przeszło w stuprocentową dietę białkową, opartą niestety na ludzkim mięsie. Kanibalizm Sheili szokuje jej ciapowatego męża tylko przez chwilę, po czym pomaga on jest w zdobywaniu kolejnych posiłków, z różnym skutkiem. Choć Hammondowie są ładni i sympatyczni, to jednak nie grzeszą inteligencją. A to zgubią gdzieś paluszek zjedzonego sąsiada, a to zaprzyjaźnią się z kolacją, której nie mogą potem zabić, a to wreszcie przypuszczą zupełnie nieudaną serię ataków na dawcę cennych organów. Normalnie ubaw po pachy.

Terapia małżeńska

W jakiś dziwny sposób udało się tu połączyć zgrabnie szokująco obrzydliwe fragmenty z całkiem poważnymi rozmowami bohaterów o ich związku, z wychowaniem krnąbrnej córki, a nawet z elementami fantasy (bo nie można stać się zajadającym ludzkie mięso zombiakiem bez pulsu, bez udziału magicznych, pradawnych mocy). Jest to przede wszystkim zasługa uroczej Drew Barrymore, które, choć stała się już dawno dojrzałą kobietą, nie zatraciła dziecięcej buzi, tak wzruszającej i niewinnej. Każdy odcinek jest swego rodzaju próbą sił jej charyzmy i zalewu obrzydliwości, których dokonuje. Sprawdzamy co chwila, czy da się te rzeczy zrównoważyć, czy dziecięca buzia wymiotująca wiadrami zielonego kwasu, zjadająca męską stopę czy wypluwająca kłaczek jak kot, nadal będzie się nam podobać. To zadziwiające, ale w większości przypadków właśnie tak jest.

Źródłem nieustającego humoru pozostaje także wplatanie poważnych i mniej poważnych małżeńskich dialogów w samo sedno akcji, czyli w polowanie na następną kolację. Hammondowie mogą rozmawiać o uczuciach bardzo otwarcie, zapętlając się w typowy dla par z długoletnim stażem sposób, tyle że zamiast na terapii, robią to w swoim schowku nad zamrożoną półtuszą męską. Przerywają bójkę w połowie, by pogadać o zakupach czy wywiadówce w szkole córki, no i są do bólu praktyczni. To żadne dzikie bestie, jakich hordy przelewają się przez nasze telewizory, nie bezmózgie wampiry, zombie czy inne wilkołaki, a cywilizowani ludzie, którzy noszą do brudnej roboty foliowe płaszcze przeciwdeszczowe, wiedzą, że mięsko należy dobrze schłodzić w podręcznej lodówce jeśli się je zabiera na plażę i którzy racjonalizują swoje wybory dietetyczne tłumaczeniem, że do zjedzenia będą tylko ci najgorsi i najbardziej niebezpieczni członkowie społeczności. To takie amerykańskie!

Z bohaterką serialu z pewnością mogą utożsamić się przeciętne gospodynie domowe, matki i żony jakich wiele, a także panie będące ciągle na dietach, przepracowane i w wiecznym niedoczasie. Nowe smakołyki Sheili dają jej nadludzką moc, energię i radość, i aż szkoda, że skutkiem ubocznym jedzenia kotletów z ludzizny jest odpadanie różnych części ciała:). Odradzam oglądanie jedynie osobom bardzo brzydliwym, którym nie w smak jest żartowanie z kanibalizmu. Mogą się oni poczuć jak ja i inni wegetarianie, przyglądający się na co dzień mięsożerstwu. Uczucie bardzo przykre, choć dające do myślenia.

One thought on “Santa Clarita Diet

  • Luty 26, 2017 at 2:43 pm
    Permalink

    Tak można nazwać ten serial sympatycznym, reszta to kwestia gustu, ogólnie dla mnie jakieś 6/10

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *