Dziewczyny z Danbury. Orange Is the New Black Piper Kerman

Po tym jak obejrzałam serial NETFILXu, wiedziałam, że książka na motywach której powstał musi być dobra. Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest ,,wielka” literatura, ale też wcale nie miała nią być. Piper Kerman nie jest zawodową, profesjonalna pisarką, ale właśnie na tym polega moc Dziewczyn z Danbury. Ta opowieść jest prosta i prawdziwa, i naprawdę nie spodziewałam się, że da mi aż tyle do myślenia. Mamy oto pierwszoosobową narrację młodej kobiety, która wspomina swój rok spędzony w kobiecym więzieniu o złagodzonym rygorze, na skutek błędów z przeszłości, mszczących się na niej po latach. Tak oto typowa biała, dobrze wyedukowana dziewczyna z klasy średniej trafia w sam środek nieznanego jej świta i przechodzi niezwykłą wewnętrzna ewolucję.

Pierwszą oceniającą myślą, jaka pojawiła się w mojej głowie już po kilku rozdziałach było coś mniej więcej takiego ,,Oj, Kerman, gdybyś była Polką opisałabyś to zupełnie inaczej”. Nic zresztą dziwnego, że dość ostro podeszłam do panienki rozczulającej się nad tym, że nie ma klapek pod prysznic, dobrej kawy czy martwiącej się o dostępność pedicure w więzieniu. W końcu wszystkie książki jakie czytałam o więźniach były albo autorstwa mężczyzn, a jeżeli już napisały je kobiety, to w każdym przypadku były to więźniarki ocalałe z obozów koncentracyjnych lub sowieckich łagrów czy kołchozów (taki mam ciekawy dobór lektur). Podejrzewam, że Piper Kerman o większości z nich nawet nie słyszała, więc nawet nie mogła wiedzieć jak niesamowicie gorzej mogła trafić. Moje porównania to oczywiście totalne ekstremum, ale nie mogę się oprzeć myśli, że gdyby amerykańskie więźniarki miały swobodny dostęp do polskiej literatury obozowej, to ich osadzenie wydawałoby się prawdziwym darem z niebios.

Na szczęście w miarę zagłębiania się w więzienne uniwersum Piper Kerman, doceniłam szczerość jej wyznań i brak dramatyzmu, nazywany przez nią amerykańskim stoicyzmem. Dzięki niej czytelnik może zrozumieć, że kobietą nie przestaje się być nawet w najtrudniejszych (czy też względnie trudnych) warunkach, a celebracja żeńskiego pierwiastka nie musi mieć wcale ścisłego związku z obecnością mężczyzn. Coś tak zwykłego jak typowo kobiece podejście do jedzenia (wręcz obsesyjne) czy troska o bycie zgrabną i zadbaną, nie opuszczają więźniarek z Danbury nawet w najtrudniejszych chwilach. Naprawdę ujmujące jest to jak bohaterki książki znajdują pokrzepienie i pocieszenie w małych rytuałach, takich jak parzenie kawy, obchodzenie czyiś urodzin, wspólne oglądanie telewizji czy dbanie o włosy. Zadziwiająca jest ich determinacja, a jednocześnie to jak dzięki tym kobietom można sobie w pewnym momencie zdać sprawę, jak wszystko co nas spotyka jest niesamowicie względne. Sama Kerman zapewne nie podejrzewała, że w więzieniu jej największym skarbem stanie się zwykła męska piżama i dziergane na szydełku kapciuchy. Warto przeczytać Dziewczyny z Danbury choćby dla tego niezwykłego i trwającego krótko poczucia, że ,,Ja to jednak mam szczęście w życiu!”.

Z umieszczonego na końcu tomu wywiadu z autorką dowiadujemy się, że jej książka miała być głosem w sprawie absurdów amerykańskiego systemu prawnego, jednak dla mnie będzie to książka przede wszystkim o samoświadomości i kobiecości. O samoświadomości, ponieważ jej bohaterka przechodzi niezwykłą psychologiczną przemianę, staje się bardziej emocjonalną, ciepłą, wyrozumiałą i otwarta na innych ludzi osobą. Widać, jak odcięcie się od dotychczasowego życia, ograniczenie bodźców z zewnątrz i skupienie się na tym co w środku, bardzo jej pomogło i to wbrew wszelkim oczekiwaniom. O kobiecości, ponieważ rzadko spotyka się aż takie natężenie estrogenu w przełożeniu na story w książce. Mamy tu każdą możliwą odmianę kobiecości. Różne rasy, różne środowiska (wątek społeczny jest tutaj bardzo silnie zarysowany), różne wychowanie, status majątkowy i wiek. Wszystkie bohaterki są jednak połączone wspólną naturą, pozwalającą znaleźć sposób na spokojne, zgodne, a momentami nawet radosne współegzystowanie w więzieniu. Szczególnie ujęło mnie to, że kobiety w więzieniu spontanicznie wiążą się w grupy rodzinne. Roztaczają nad sobą opiekę i karcą się nawzajem, niczym prawdziwe matki i córki. Byłam naprawdę zszokowana (pozytywnie) instytucją więziennej mamy. To co tu przeczytałam sprawiło, że teraz na potrzebę posiadania matki czy córki nie patrzę jak na przymus biologiczny, lecz jak na konieczność psychologiczną. Frapujące. Dziewczyny i chłopaki! Jeśli nie wiecie co podarować mamie na Dzień Matki lub dowolnej kobiecie na Dzień Kobiet, ta książka będzie strzałem w dziesiątkę. Myślę, że pod choinkę również będzie pasować.

Sądzę, że fani serialu Orange Is the New Black również nie będą zawiedzeni, choć poza ogólnymi zarysami, serial i książka mają ze sobą niewiele wspólnego. Spojrzenie literackiej Piper jest znacznie łagodniejsze i wyrozumialsze, jej więzienne przygody mniej przykre, a prawie wszystkie kobiety okazują się aniołami, choć w niektórych przypadkach trzeba im się nieco bardziej przyjrzeć by dostrzec skrzydła. Dużo tu ciepła i damskiej solidarności i o dziwo nie wszystko kręci się (jak w serialu) wokół lesbijskiego seksu.

One thought on “Dziewczyny z Danbury. Orange Is the New Black Piper Kerman

  • Lipiec 7, 2018 at 9:16 pm
    Permalink

    A ja właśnie jestem w połowie tej książki i nie mogę uwierzyć, że tak ciekawy temat może być podany w tak nudny sposób. Tam się po prostu nic nie dzieje! Przynajmniej na razie – właściwie to czekam, aż coś w końcu się stanie…. aż coś mnie przestraszy, zaskoczy, zgorszy, zdziwi…. cokolwiek… Na razie mam jeden wniosek, że życie w więzieniu to strasznie mdła nuda… tak wielka, że nie ma sensu o tym pisać.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *