O Kości z kości, czyli o tym jak coraz bardziej męczy mnie saga Diany Gabaldon

Piszę to z wielką przykrością, ale z tomu na tom jest coraz gorzej. To, co kiedyś wydawało mi się powiewem świeżości i lekką, ale wciągającą czytelniczą przygodą, teraz zamieniło się w parodię. Autorka udaje, że ma mi do powiedzenia jeszcze coś ciekawego, a ja, śmieszna karykatura wiernego czytelnika, męczę się z rozdziału na rozdział, w nadziei na to, że wreszcie wydarzy się coś znaczącego lub że uda mi się zainteresować mój znudzony umysł militarnymi szczegółami, których niestety Gabaldon nam w tu nie szczędzi. Kość z kości to powieść, która zblokowała mnie na kilka dobrych tygodni, odebrała chęć od życia i cały entuzjazm dla literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Oczywiście swoje dołożyli też panowie Dan Brown i Ken Follett pod koniec roku, ale efekt jest taki, że coś się we mnie przelało, a siódma część sagi Obca wprost mnie dobiła. Może z tego wyniknąć jednak coś dobrego, gdyż moim tegorocznym postanowieniem jest czytanie tylko dobrej literatury lub choćby takiej, która wniesie do mojego życia duchowego coś wartościowego. Nie spodziewałam się, że to kiedyś nastąpi, ale chyba wyrosłam już z lektur czysto rozrywkowych.

Claire na froncie

Akcja tego tomu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Równolegle śledzimy losy Claire i Jamiego, którzy przyłączają się do walki Amerykanów o niepodległość, a nawet w 1777 biorą udział w bitwie pod Saratogą, oraz Brianny i Rogera, którzy z przyczyn zdrowotnych przenieśli się do dwudziestego wieku i zamieszkali z dziećmi w Szkocji. Do tego dochodzą (niestety) liczne wątki poboczne związane z młodym Ianem, starym Ianem, lordem Johnem Grey’em i wychowywanym przez niego synem Jamiego, Williamem. Przez pierwszych kilkaset stron każda odnoga tej historii płynie sobie zupełnie oddzielnie, by spotkać się w gwałtownie wybuchającym, ewidentnie niedopracowanym finale.

Choć nie jestem fanką wszelkiego typu suchych opisów historycznych, działań wojennych i szeroko pojętych militariów, zniosłabym to dzielnie, gdyby chodziło tylko o główną parę oryginalnych bohaterów, czyli Claire i Jamesa Fraserów. Mimo licznych mankamentów, lubię tę dwójkę zakochanych wariatów, którzy mimo dojrzałego już wieku, zawsze znajdą sposób by wpakować się w poważne kłopoty. Od pierwszego tomu czerpałam też dużo przyjemności i pożytecznej wiedzy z tego jak kobieta przeniesiona w przeszłość radzi sobie na co dzień w ekstremalnie trudnych warunkach. W tym tomie jest jej jeszcze trudniej niż dotychczas, gdyż nie tylko leczy i operuje bez nowoczesnego sprzętu, ale robi to w bardzo niebezpiecznych i niehigienicznych warunkach pól bitewnych, często dokonując cudów przy amputacjach czy usuwaniu kul. A Jamie? Cóż, też jest sobą, czyli wtapia się w otoczenie jak kameleon. Tym razem jest walecznym żołnierzem i wilkiem morskim, co mu oczywiście znakomicie wychodzi. Niestety, tej sympatycznej pary jest coraz mniej, a coraz więcej smętnego Iana, który desperacko szuka żony i nie może się zdecydować czy jest Indianinem czy Szkotem. Całe rozdziały poświęcone Grey’owi i Williamowi, włącznie z błądzeniem po bagnach i intrygami szpiegowskimi, również uważam za zupełnie zbędne. Obaj panowie są nudni jak flaki z olejem. To jakieś flądry bez charakteru i aż dziw mnie bierze na myśl, że będzie ich w cyklu coraz więcej.

Najdziwniejsze sekscesy ever

Pomijając to, co powyżej, najbardziej wymęczyły mnie fragmenty poświęcone Briannie i Rogerowi, a to dobra jedna trzecia książki. Mimo moich usilnych starań, nie jestem w stanie polubić tej dwójki. On ma wieczny problem ze sobą, ciągle trapią go wątpliwości natury moralnej i religijnej, a mnie się wszystko przewraca w środku, gdy o tym czytam. Z Brianną jest podobnie. Mam wrażenie, że ta kobieta to jakaś chodząca burza, która tylko czeka na wszczęcie kolejnej awantury. Na jakąś terapię z zarządzania gniewem powinna się wybrać moim zdaniem :). A gdy już trafiałam na bardzo rozbudowane opisy ich łóżkowych (i nie tylko, bo też kuchennych) wyczynów, nie mogłam się wprost oprzeć porównaniom do prozy E.L. James. Żenująco mistyczne opisy seksu, a nawet pokręconych uczuć mu towarzyszących, dotyczą zresztą wszystkich bohaterów Kości z kości. Brianna, Claire, a nawet lord Grey uprawiają seks jakby to była jakaś pełna poświęcenia, mozolna i bolesna walka, i nie byłoby jeszcze w tym nic złego, gdyby nie dochodziły zaraz po tym takie trywialne szczegóły jak opisy uwalniania gazów. A ileż ciekawych rzeczy ma pani Gabaldon do powiedzenia swych czytelnikom o zapachach ludzkich ciał! Dosłownie człowiek gnije w środku, gdy czyta te wynurzenia.

Cała masa bohaterów, którzy do tej pory byli poboczni, a stają się główni, działa na niekorzyść serii, którą mógłby uratować chyba tylko porządnie napisany, zwarty i treściwy tom, poświęcony w całości Claire i Jamiemu, ale na to raczej nie ma co liczyć.

Ogólnie, jak widzicie, strasznie się zniechęciłam, ale i tak będę czytać dalej, tak z przyzwyczajenia. Zresztą, jeśli ktoś jest gotów spojrzeć na to z jaśniejszej strony, to można się doszukać tu i wielu plusów. Polscy czytelnicy na pewno docenią porządną lekcję historii na temat amerykańskiej walki o niepodległość, a i krótka, ale serdeczna wstawka dotycząca młodego polskiego inżyniera Kościuszki (zwanego Kosem), może rozgrzać do czerwoności naszą patriotyczną dumę. Dla mnie jednak niestety to już nie to samo, co kiedyś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *