Diana Gabaldon, Jesienne werble

To już jest coś dla prawdziwych fanów Outlandera. Nie każdemu będzie łatwo przebić się przez te tysiąc stron gęsto zadrukowanego tekstu, zwłaszcza, że przez pierwszą połowę fabuła jest naprawdę mało dynamiczna i nużąca, choć potem mamy okazję przekonać się, że miało to swoje uzasadnienie. Tak jak w każdej długiej serii, pojawia się następne pokolenie bohaterów, powoli zajmujące miejsce starych, jednak klimat i tematyka pozostają wciąż te same. Choć Jesienne werble wymęczyły mnie ogromnie, to zdecydowanie będzie to mój ulubiony tom. Claire i Jamie, po wylądowaniu w Indiach Zachodnich, zostają osadnikami w Karolinie Północnej, gdzie zaczynają życie od podstaw na kawałku ziemi, który stanie się ich farmą. Są jak szkoccy Robinsonowie, a ja po przeczytaniu drobiazgowych opisów ich zmagań i prac rolnych czuję, że gdybym znalazła się w lesie po jakiejś apokalipsie, to dzięki wiedzy przekazanej przez Dianę Gabaldon, pewnie dałabym sobie radę. Oto jest moc dobrego czytadła!

Więcej podróżników

Fabuła Jesiennych werbli rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Na pierwszej towarzyszymy oczywiście parze naszych starych znajomych. Claire i Jamie, w towarzystwie Duncana, Iana i dzielnego psa Rolla (Rollo jest fantastyczny!) docierają do farmy ciotki Jamiego, a po jakimś czasie postanawiają skorzystać z hojnego rozdawnictwa ziemi przez gubernatora i zakładają własne gospodarstwo. Podczas wizyty u ciotki Jokasty przekonujemy się, że Szkoci to uparty, podstępny i praktyczny naród, a starsza niewidoma wdowa jest tak samo przekonana o własnej wszechmocy jak jej twardy niczym skała siostrzeniec. Za to perypetie ziemiańskie, pełne sielskiego spokoju, ale też groźnych zmagań z naturą, są niczym wyjęte z Żywota człowieka poczciwego. Wspaniale było czytać o tym, jak najpierw szukają odpowiedniej ziemi, a potem Jamie wybiera taki obszar, który najbardziej przypomina szkockie góry. Nasz człowiek renesansu (który w poprzednich tomach pokazał się jako żołnierz, dworzanin, kochanek, drukarz, polityk czy myśliwy), tym razem ujawnia też oblicze nauczyciela greki i łaciny, a także budowniczego. Czegoż to nasz Jamie nie potrafi (poza śpiewaniem oczywiście)? Claire także dostarcza nam wielu atrakcji. Okazuje się, że wykształcona w dwudziestym wieku pani chirurg i zielarka w jednym jest prawdziwym skarbem w dziczy, gdzie co chwila dochodzi do starć z Indianami, niedźwiedzich napaści, porodów niemal na łonie natury, czy zranień na skutek konfliktów wśród osadników. Claire Fraser to prawdziwa kobieta pracująca, która mimo dobijania do pięćdziesiątki, żadnej pracy się nie boi. Te fragmenty książki dały mi tyle radości, co gry oparte na budowaniu cywilizacji zapalonym graczom komputerowym.

Druga płaszczyzna wydarzeń to perypetie pozostawionej w XX wieku córki Claire Brianny. Po trzech latach dziewczyna bardzo tęskni, a gdy natrafia w starej książce na wzmiankę o czekającej w przeszłości śmierci rodziców, bez zastanowienia podąża śladem matki, cofając się o 200 lat. Samo to jeszcze nic, ale czy pamiętacie Rogera, tego uroczego syna pastora, zakochanego w Brianne do nieprzytomności? Otóż on też wstępuje w kamienny krąg, udowadniając tym samym, że nie tylko czarownice mogą być podróżniczkami.

Przygody Brianny w XVIII-to wiecznym świecie są ciekawe, a momentami przezabawne. Młoda kobieta o płomiennorudych lokach i wzroście olbrzymki zdecydowanie zwraca na siebie uwagę, ale też dobrze sobie radzi w bardziej bezpośrednich starciach. Wreszcie ma biedaczka okazję poznać dużą rodzinę ze strony ojca, no i w końcu jego samego. Nie chcę też nikomu psuć niespodzianki, ale będzie ciąża o bardzo skomplikowanym przebiegu i niepewnym ojcostwie :)

O ojcach

Sama Gabaldon w dedykacji skupia naszą uwagę na tematyce więzi rodzicielskich, jakie dominują w tym tomie. Wreszcie mamy okazję dowiedzieć się jakim ojcem (i mężem) naprawdę był Frank Randall, oraz jak w tej roli spełni się Jamie Fraser. Relacje Brianny z nowo odnalezionym ojcem nie należą do łatwych (oni nie tylko wyglądają tak samo, ale mają też podobnie trudne charaktery), ale są naprawdę wzruszające i w pełni wynagradzają czytelnikom lekką nudę pierwszych rozdziałów.

Przed przybyciem córki z przyszłości, Jamie przez całkiem długi czas zajmuje się rozbrykanym siostrzeńcem, a przez moment pojawia się też jego oddany pod opiekę Johnowi syn Willie. Bardzo to wszystko urocze, ale nasz chmurny rudzielec właściwie przez cały czas ma w sobie ojcowskie zapędy, tyle że przejawia je w sposób mniej bezpośredni. Zapewne pamiętacie jak ładnie opiekował się w więzieniu towarzyszami. Cóż, teraz zbiera ich wszystkich na nowo, oferując pomoc i ziemię. W Karolinie Północnej wygnani Szkoci mają swój utracony raj. Co prawda na pionierów czają się Indianie oraz dzika przyroda ze zwierzakami, trującymi roślinami, mroźnymi zimami i tropikalnymi upałami, ale nic to dla dzielnych górali. To Indianie i niedźwiedzie powinni bać się ich!

To mi się podoba

Najbardziej ujął mnie w tym tomie o dziwo nie wątek rodzinny, bo czułości i intensywnego seksu mieliśmy pod dostatkiem też we wcześniejszych tomach, ale motyw tworzenia farmy i opisy przyrody (tak już dziś niemodne). Wraz z pomnażaniem żywego inwentarza, grządek zieleniny czy ilości zabudować, wzrastają też umiejętności lecznicze Claire, co mnie naprawdę fascynuje. Klimat jest taki, że nie sposób nie pomyśleć o starej dobrej dr Quinn. Kobieta wykorzystuje całą swoją wiedzę i inteligencję do zaspokajania swoich medycznych ambicji i pomocy bliźnim, czerpiąc natchnienie nie tylko z dobrze znanych roślin uprawianych gdzie się da, ale też na przykład od starych indiańskich szamanek.

Czytając, zwróćcie też szczególną uwagę na zwierzaki. Oprócz wilka Rollo, jest też bardzo towarzyski muł Clarence i maciorka o trudnym charakterze. Nie obyło się też oczywiście bez krowiego porodu, łosi, niedźwiedzi i zastępów wiewiórek, które niestety czasem lądują w garnku z gulaszem.

Nadal wiele uwagi poświęca się podróżom w czasie. Okazuje się, że kręgów i podróżników jest więcej niż można było przypuszczać, a i sposoby na podróżowanie bywają różne. Przez to niektórym cała intryga, w której przeszłość zapętla się z przyszłością, może wydawać się nieco zagmatwana, ale na szczęście (dzięki wielkiej objętości tekstu) Diana Gabaldon ma czas, by wszystko nam objaśnić.

Na koniec muszą dodać, że choć długo, to czytało się Jesienne werble bardzo miło ze względu na powrót serialu Outlander po kilkumiesięcznej przerwie. Jakoś go z czasem polubiłam i teraz już nie wyobrażam sobie, by te postaci mogły wyglądać inaczej niż na ekranie. Magia telewizji! Mam też żywą przyjemność z tego, że wiem jak się historia dalej potoczy, gdy w tv widzę dopiero jej początek. Też tak macie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *