Obca Diany Gabaldon

Uwielbiam dobre czytadła historyczne i nie wstydzę się do tego przyznać. Dorwanie kolejnego grubego tomu (najlepiej jednego z całego cyklu), zanurzenie się w zupełnie innych czasach i realiach, uczestniczenie w przygodach dawnych bohaterów, uważam za najlepszą zabawę na świecie. Za największy luksus uważam posiadanie oceanu wolnego czasu na tygodniowy skok w dobrą książkę i wtedy naprawdę nic mnie nie interesuje (nawet to, że książka nie jest literaturą najwyższych lotów). O tym, że Obca jest fantastyczną rozrywką może świadczyć to, że zabrała mi tydzień z życia. Zaniedbałam rodzinę, sprzątanie i gotowanie poszło na drugi plan, nawet pies miał krótsze spacery a koty rzadziej zmieniane kuwety. Wszystko przez to, że uganiałam się po XVIII-wiecznych szkockich wrzosowiskach za Claire i Jamiem. Nie bawiłam się tak dobrze od czasu zatonięcia w świecie Filarów ziemi.

To przez serial!

O Outlandzerze pisałam kilka tygodni temu. Serial nie przypadł mi od razu do gustu, ale muszę przyznać, że pod koniec zaczęło się robić naprawdę interesująco. Niestety, gdy już się zaciekawiłam, pojawiła się przerwa w emisji aż do kwietnia, zatem zrobiłam kolejną najlepszą rzecz w tej sytuacji, czyli zwróciłam się do literackiego pierwowzoru. Teraz rozumiem już dlaczego na rozmaitych forach internetowych tak wiele osób broni Outlandera i jawnie się nim zachwyca, ale że facebookowy profil ma już pół miliona fanów było dla mnie prawdziwym szokiem. Trzeba przyznać, że stacja Starz ma dobrą rękę do, może i mało ambitnych, ale za to widowiskowych seriali historycznych.

Jak już zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać. Nie chodzi nawet o to, że wszystko mi się tu podoba, bo tak nie jest. Claire jest bardzo irytująca, z tą swoją przekorą i determinacją w ładowaniu się w coraz większe kłopoty, a Jamie jest tak idealny, że aż momentami mdły. No i ten seks! Do tej pory szczyciłam się tym, że nie miałam nawet w ręku Pięćdziesięciu twarzy Greya, ale to nie jest wcale o wiele lepsze (sądzę tylko po relacjach innych). Scen spółkowania i na sianku chędożenia jest tu znacznie więcej niż na przykład scen walki, ale na szczęście po kilkuset stronach przestało mi to przeszkadzać. Chodzi o to, że przynajmniej mam jakieś odczucia w czasie lektury, nawet jeśli jest to irytacja lub wkurzenie infantylnością Claire, ale przynajmniej chce się do tego wracać. Zresztą od pewnego momentu przeważa żywe zainteresowanie i rozbawienie.

Mem Outlander

Ale o co chodzi?

Obca to takie historyczne fantasy, którego główną bohaterką jest pielęgniarka i zielarka-amatorka Claire Randall. Jest rok 1945 i koniec wojny, który Claire i jej nieco drętwy mąż Frank (profesor historii) świętują wybierając się do Szkocji na drugi miesiąc miodowy. Tutaj kobieta ni z tego ni z owego przechodzi przez tajemnicze kamienne wrota w czasie i budzi się dwieście lat wcześniej. W roku 1743 spotyka całą galerię niezwykłych postaci, głównie szkockich górali i angielskich żołnierzy. Jednym ze ścigających łobuzów w kiltach oficerów okazuje się być Jonathan Randall, przodek jej męża Franka, z którym będzie miała wiele kłopotów. Na szczęście wszelkie zagrożenia, niewygody, opryskliwość górali, intrygi przywódców klanu, a nawet totalny brak higieny, wynagradza Claire związek z pięknym jak młody bóg rudaskiem o imieniu Jamie. Razem ładują się w najgorsze tarapaty i wzajemnie ratują z opresji. Są porwania, palenie czarownic i szykujące się powstanie jakobickie. Oj dzieje się!

Wbrew temu co na razie wynika z mojego opisu, to nie realia polityczne, wartka akcja czy wątek romansowy są tu największą atrakcją. Najbardziej urzekł mnie w tej książce talent autorki do oddawania szczegółów życia codziennego w XVIII-wiecznej Szkocji. Dla mnie te chwile, gdy sensacje na chwilę cichną, nikt nigdzie nie goni i z nikim się nie bije, są najcenniejsze. Bardzo lubię się dowiadywać nie tylko tego, jakie były detale kobiecego stroju w dawnych czasach, ale na przykład jakie potrawy spożywano w danym miejscu, jak się mieszkało i co hodowało, jak ludzie radzili sobie z chorobami i spartańskimi warunkami. Oczywiście fantastycznie drobiazgowy jest opis życia na zamku Columa MacKenzie, ale to już znałam z serialu. Równie dobry (i dla mnie zupełnie nowy) jest obraz majątku Fraserów, którym pod nieobecność Jamiego zarządzała jego siostra Jenny. Wszystko jest tu tak nastrojowo sielskie, a jednocześnie tak realistyczne, że chce się do tego wracać jak do własnych dziecięcych wspomnień z wakacji na wsi (trochę też powiewa Panem Tadeuszem). No i koniecznie muszę napisać, że po tym jak przeczytałam bardzo dokładne opisy leśnych akcji (w sensie polowanie, ryb chwytanie, ognia zapalanie i w paprociach spanie) mam głębokie przeświadczenie, iż też bym sobie spokojnie w lesie poradziła i to przez dłuższy czas.

Hey Lassie

Książka kontra serial

Myślę, że miłośnicy książek Diany Gabaldon nie mają powodów do narzekań (zresztą ona sama chyba mocno się do tego przyczyniła współpracując z filmowcami). Serialowa adaptacja jest bardzo wierna i tylko nieco wzbogacona. Nie było potrzeby zbytniego majstrowania przy fabule, ponieważ to literatura tak sensacyjna, zmysłowa i widowiskowa, a przy tym tak dokładna w opisach, jak to tylko możliwe. Zarówno telewizyjna, jak i książkowa Szkocja, to najromantyczniejsze miejsce na świecie, a przy tym nie tak kiczowate jak na przykład Paryż czy Toskania. Czy można się w ogóle znudzić wrzosowiskami, mgłami, ciepłem ogniska lub kominka, widokiem jesiennych liści na drzewach porastających wzgórza, czy ogólnie groźnym i surowym pięknem wyspiarskiej pogody? Tak retorycznie zapytuję tylko… No i wiejskie życie, opisane tak, że czuje się to niemal ciałem. Mężczyzna nie napisałby takiej książki. Przyznam się, ze poród źrebięcia wywołał we mnie prawie taką samą ekscytację jak poród dziecka. Oczywiście było to co zawsze w takiej sytuacji, czyli wkładanie rąk po łokcie do końskiego zadka, czy przekręcanie dziecka, które ułożyło się nie tą stroną (to co zawsze, ale ciekawiej opisane). A to w jaki sposób Jenny tłumaczy Claire jak to jest w kobiecym odczuciu być w ciąży to prawdziwa perełka. Aż we wnętrznościach to poczułam. Nie można chyba tego lepiej oddać (i tu zrozumiałam skąd te pół miliona lajków).

Obca to doskonała rozrywka dla czytelników, którzy może i nawet nie ekscytują się opisami gorącego seksu i nie działa na nich urok silnych jak dąb chłopów w barwnych kiltach, ale za to lubią się pośmiać. Wątków humorystycznych tu nie brakuje, zarówno w rozmowach pary kochanków, jak i w rubasznych dialogach górali, którzy wypili już może alkoholu i zbiera im się na żarty. Źródłem mojego nieustającego rozbawienia jest także Claire, która jest nie tylko pielęgniarką, ogrodniczką i zielarką, ale i historykiem (zadziwiająco dokładnie jak na osobę zupełnie niezainteresowaną pamięta wszystko co jej mąż powiedział), a w pewnym momencie z powodzeniem daje występy wokalne i wróży z ręki. No co jeszcze? I to jak opisuje swojego ukochanego. Za każdym razem gdy na niego spojrzy musimy czytać o smukłych acz muskularnych łydkach, kształtnych ramionach, świecącej czuprynie i potężnej klacie. No przekomiczne!

Obca to także lektura skłaniająca do refleksji nad czasami, gdy ludzie żyli naprawdę. Bohaterów tej powieści interesuje w równej mierze biologiczne przetrwanie co sprawy honoru i powodzenia klanu. W dodatku jest tu galeria bardzo różnorodnych i wartych poznania postaci, które budzą szczerą sympatię (zwłaszcza, że starają się być niesympatyczni). Dzięki temu, że autorka jest kobietą, możemy się cieszyć drobiazgowymi detalami i rodzinnymi scenami przesyconymi prawdziwym ciepłym. A na (nieco dziwnie ujęty moim zdaniem) erotyzm radzę przymknąć oko. W końcu nie samą wielką literaturą człowiek żyje.

Lecę zdobyć kolejny tom. Podobne jest jeszcze sześć takich historycznych cegiełek.

3 thoughts on “Obca Diany Gabaldon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *