Pomiń zawartość →

Nieobliczalni

Nieco dziwne wydaje mi się reklamowanie filmu tak, jakby był kontynuacją świetnych Nietykalnych. Sam Omar Sy w roli głównej to chyba trochę za mało, choć z tego co wyczytałam na forach, to i tak wielu widzów dało się nabrać. Jedynego podobieństwa można się doszukać tylko w postaci, którą po raz kolejny kreuje przesympatyczny czarnoskóry aktor. Policjant, którego gra, to pochodzący z ubogich przedmieść chłopak, nie czujący się zbyt pewnie ani w świecie kolegów po fachu (ze względu na kolor skóry nie traktują go zbyt poważnie), ani tym bardziej w osiedlowym świecie ziomków z podwórka, którzy nim zwyczajnie pomiatają. Wszystkie braki, ten prosty, nieobyty chłopak, rekompensuje sobie zuchwałym i bezpośrednim poczuciem humoru, za którym chowa się w trudnych czy niewygodnych sytuacjach. W tym jest bardzo podobny do bohatera Nietykalnych, ale tylko w tym.

Nieobliczalni to taki trochę francuski odpowiednik wakacyjnego hitu The Heat z Sandrą Bullock, oraz właściwie wszystkich amerykańskich komedii kryminalnych opierających się na schemacie śmieszny glina/ponury glina. Zresztą sam Omar Sy swoja grą aktorską przywołuje Eddiego Murphy’ego, a Gliniarz z Beverly Hills jest tu nieraz cytowany.

Ousmane Diakhlite, czyli naszemu nieobytemu czarnemu chłopakowi z zapuszczonych paryskich przedmieść (który znajduje zwłoki kobiety pod wiaduktem), partneruje z przymusu elegancik z centrum stolicy, o dźwięcznym nazwisku Francois Mouge (Laurent Lafitte). Policjanta z elitarnego posterunku przydzielono, ponieważ nieszczęsny trup okazał się być żoną bardzo znanego polityka. Odtąd dwaj funkcjonariusze, różniący się jak ogień i woda, muszą na każdym kroku odnajdywać trudna ścieżkę porozumienia, co ani dla jednego, ani dla drugiego nie jest przyjemne.

Nieobliczalni to raczej średniej klasy komedia, mająca jednak wiele uroku. Większość żartów opiera się tu na najprostszym humorze sytuacyjnym, wynikającym z kontrastów między głównymi bohaterami, jednak w żadnym razie nie jest to wada filmu, ponieważ między panami iskrzy jak trzeba i czuć prawdziwą chemię. Dużym atutem tej komedii jest to, że udało jej się pokazać w krzywym zwierciadle (a może właśnie w prawdziwym) ogromne podziały etniczne i ekonomiczne, rozrywające francuskie społeczeństwo od środka. Nasz czarny bohater, z powodu wszechobecnych uprzedzeń, ciągle brany jest za kryminalistę i nikogo nie obchodzi, że ma odznakę. Choć to tylko lekki film, wierzę, że w prawdziwym życiu to również tak wygląda.

Laurent Lafitte
Detektyw Monge (Laurent Lafitte)

Bardzo podobały mi się tu takie drobne sprawy jak to, że bloki i wnętrza mieszkań takie bardzo polskie są w sumie i możemy się swojsko poczuć (podobne jak w Babci Gandzi). Świetne jest też to, że nazwisko Mouge wymawia się jak Mąż, przez co momentami robi się naprawdę śmiesznie, choć to raczej nie zamierzony efekt, bo kto by tam we Francji o uciesze Polaków myślał.

Do wad tej produkcji należy zdecydowanie dość chaotyczna akcja. Gdzieś pośród kolejnych żartów gubi się ciągle kolejny wątek i szybko właściwie zapominamy o co toczy się gra i kto kogo ściga, choć przyznam szczerze, że mnie to osobiście aż tak nie przeszkadza, bo i tak wątek kryminalny zazwyczaj średnio mnie obchodzi.

Opublikowano w Filmy

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *